Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
-Wszyscy tutaj to Żydzi, nie chcę tego procesu! - krzyczała w sądzie w Nowym Jorku "Lady Al-Kaida", Aafia Siddiqui. Losy Pakistanki nadają się na scenariusz do dobrego filmu sensacyjnego. Do
USA przyjechała z Pakistanu jako 18-latka w roku 1990. Ukończyła biologię na elitarnej uczelni Massachusetts Institute of Technology, potem zrobiła doktorat. Była kolejnym z setek tysięcy niezwykle zdolnych młodych ludzi z Azji, którzy robią w USA błyskotliwe kariery.
Jednak Siddiqui podróżowała nadal często do Pakistanu, gdzie prawdopodobnie poznała znanego terrorystę Al-Kaidy Alego Abda al-Aziza. W 2003 roku na stałe opuściła USA i wyszła za niego za mąż.
Ali jest kuzynem Ramziego Yousefa, skazanego w USA za pierwszy atak bombowy na wieżowce World Trade Center w 1993 roku. Oraz bratankiem Chalida Szejka Mohameda, prawdopodobnego koordynatora ataków 11 września 2001 roku, przetrzymywanego w Guantanamo, który ma zostać sądzony w Nowym Jorku w tym roku.
W lipcu 2008 roku Siddiqui nagle pojawiła się na posterunku wojsk USA w prowincji Ghazni w Afganistanie. Przyprowadzili ją żołnierze afgańscy, mówiąc, że ta kobieta dziwnie się zachowuje. Po przeszukaniu okazało się, że Siddiqui ma przy sobie kilogram materiału wybuchowego, receptury domowych sposobów budowania bomb, informacje o broni chemicznej i biologicznej, a także szczegółowe plany celów w Nowym Jorku, np. ulicy Wall Street.
Prokuratura twierdzi, że podczas przesłuchania Siddiqui wyrwała broń strażnikowi i zaczęła strzelać do agentów FBI. Im się nic nie stało, ale ona została postrzelona. Po kuracji przewieziono ją do aresztu w Nowym Jorku. Cześć amerykańskich mediów nazwała ją "Lady Al-Kaida".
Wersja jej rodziny w Pakistanie jest inna. Siddiqui jest niewinna, została bezpodstawnie złapana przez żolnierzy USA, zgwałcona, torturowana i postrzelona. Władze Pakistanu popierają rodzinę, premier Jusuf Raza Gilani spotkał się tydzień temu z siostrą Aafii Siddiqui. Przeznaczył też 2 mln dol., by ją wydobyć z aresztu, na co się nie zanosi.
W zeszłą środę rozpoczęły się wstępne procedury jej procesu w Nowym Jorku - zaczęto wyznaczać 12 członków ławy przysięgłych. I w środę, i w czwartek Siddiqui doprowadzała do tego, że sędzia nakazywał wyprowadzenie jej z sali. Krzyczała, że "wszyscy ci ludzie (12 przysięgłych wybiera się z setki obywateli Nowego Jorku) mają pochodzenie syjonistyczne lub izraelskie", a "jeśli chcecie, by proces był sprawiedliwy, trzeba ich wykluczyć". Zażądała, by sąd przeprowadził "badania genetyczne" kandydatów na przysięgłych, by "wykluczyć ich żydostwo".
Potem mówiła, że bojkotuje sąd i nie chce tego procesu, gdyż za dużo tu niesprawiedliwości, kłamstw i hipokryzji. Wreszcie w czwartek wzbudziła sensację, twierdząc, że za zamachami 11 września 2001 stał
Izrael, dodając, że to wcale nie jest antysemityzm! - Nie ufam ci! - krzyczała do sędziego, który wyprosił ją z sali ponownie.
Wcześniej Siddiqui próbowała pozbyć się swych adwokatów, mówiąc, że im także nie ufa. W ostatnich miesiącach Siddiqui badało kilku psychiatrów, większość stwierdziła, że Pakistanka udaje chorobę psychiczną.
Proces ma się rozpocząć we wtorek. Siddiqui nie jest oskarżona o współpracę z Al-Kaidą, a tylko o próbę zabicia żołnierzy USA i agentów federalnych. Grozi jej dożywocie.