Najgorsza sytuacja panuje w Leogane, mieście położonym najbliżej epicentrum wtorkowego
trzęsienia ziemi. Od haitańskiej stolicy Port-au-Prince dzieli je kilkanaście kilometrów. - To apokalipsa - zgodnie mówią zachodni reporterzy, którym udało się tam dotrzeć. W gruzach leżą całe ulice, praktycznie nie ma budynku, który oparłby się żywiołowi. W mieście mieszkało 140 tys. ludzi, wojskowi szacują, że pod zawalonymi domami mógł zginąć nawet co trzeci mieszkaniec. Ci którzy przeżyli w obawie przed wstrząsami wtórnymi przenieśli się na pola cukrowe albo na bagna. Obawy są uzasadnione. W niedzielę wyspę faktycznie nawiedził 4 stopniowy wstrząs (w zeszły wtorek trzęsienie miało siłę 7 st. w skali Richtera).
Woda, woda, woda - Nie mamy niczego. Ani wody, ani jedzenia, ani pomocy lekarskiej - mówią mieszkańcy korespondentowi BBC. Podobne słowa słyszą reporterzy, którzy dotarli do mniejszych miast na południu wyspy wyspie takich jak Jacmal, Hinche czy Petit Goave. Problem w tym, że mieszkańcy haitańskiej prowincji dopiero w niedzielę doczekali pierwszy konwojów z wodą, żywnością i lekarstwami. Do tej pory te trafiały wyłącznie do stolicy. Na gruzach Port-au-Prince pracowała też większość ekipy ratowników.
Ale nawet tam pomoc dociera do nielicznych. W stolicy, liczącej przed
trzęsieniem ziemi prawie 2 mln mieszkańców, otwarto dopiero kilkanaście punktów, w których ONZ i amerykańscy żołnierze wydają wodę i żywność. Ustawiają się przed nimi niekończące się kolejki,. Amerykanie zrzucali też zapasy ze śmigłowców. Załogi meldowały potem, że wygłodniali Haitańczycy toczyli o nie bitwy na maczety. Podczas rozdawania pomocy ciężko ranni zostali dwaj pracownicy organizacji humanitarnych z sąsiedniej Dominikany.
Cud się jeszcze zdarza Mimo, że od trzęsienia minęło już 5 dni, na wyspie ciągle udaje się uratować żywych ludzi. W niedziele z ruin hotelu udało się wyciągnąć żywą kobietę. - To cud , cud, - krzyczał jej mąż, a tłum wyczerpanych Haitańczyków wiwatował.
Kolejna kobietę amerykańscy ratownicy wyciągnęli z zawalonego budynku uniwersytetu. Inna ekipa dotarła do trzech osób uwięzionych pod gruzami centrum handlowego. Spod zawalonych budynków ciągle słychać jęli zasypanych ludzi. Jest jednak jasne, że w palącym karaibskim słońcu szanse na ocalenie kolejnych są coraz mniejsze. Tym bardziej, że ratownicy nie są w stanie pracować wszędzie. Ludzie w mieście ciągle desperacko, gołymi rękami próbują wydobyć spod gruzów bliskich.
Międzynarodowe kłótnie o lotnisko Ratownicy walczą jednak nie tylko z czasem, ale i ze szwankującą logistyką. Lotnisko w Port-Au Prince jest ciągle przepełnione, więc kontrolujący przestrzeń powietrzną nad wyspą amerykańscy wojskowi pierwszeństwo dają swoim maszynom, które wiozą żołnierzy i wywożą z wyspy amerykańskich turystów. Większość zagranicznych odsyłają samolotów na Dominikanę. Przedwczoraj taki los spotkał nawet francuską maszynę, która wiozła szpital polowy (Paryż zgłosił oficjalny protest) oraz samolot wiozący ekipę polskich ratowników.
Droga wiodąca z Dominikany do Port-au-Prince nie dość, że jest zapchana konwojami, to miejscami jest tak zniszczona lub niebezpieczna, że trzeba z niej zjeżdżać. Polska ekipa, która na Domikanie wylądowała w piątek, dopiero po dwóch dniach dotarła do stolicy.
Polscy ratownicy już pracują w Port-au-Prince Nasz zespół ratowników dotarł do stolicy
Haiti ok. godz. 16 polskiego czasu i od razu zabrał się do pracy - mówi Paweł Frątczak, rzecznik Państwowej Straży Pożarnej.
Na Haiti poleciało z Polski 54 ratowników i 10 psów tropiących. Zespół koordynujący pracami w sumie 1800 zagranicznych ratowników przydzielił Polakom ich sektor. Praca ruszyła od razu. - Nasi ludzie po tak długiej podróży są wprost naładowani adrenalina i chcą działać. Szanse na odnalezienie żywych ludzi ciągle oceniamy wysoko - mówi Frątczak.
Polacy będą pracować na zmiany. Chronić ich będą uzbrojeni funkcjonariusze BOR-u, którzy razem z nimi polecieli z Warszawy. - To wymóg misji. Haiti jest uznawana za niebezpieczny kraj. Funkcjonariusze są jednak przeszkoleni w udzielaniu pierwszej pomocy. Na pewno ich praca nie będzie ograniczać się do ochrony. Gdy będzie trzeba pomogą naszym ratownikom - zaznacza Frątczak.
Polscy ratownicy to światowa elita - mają certyfikat ONZ. Do Haiti wylecieli w piątek, ale z powodu zapchania lotniska w Port-au-Prince musieli lądować w sąsiedniej Dominikanie. Podróż
samochodami do Haiti przedłużała się z powodu zniszczonych dróg i korków. Na granicy polski konwój musiał czekać aż 6 godzin.
- Amerykanie i my mamy różne cele. Oni chcą zabezpieczyć wyspę, my chcemy wieźć ludziom żywność. W efekcie pomoc nie płynie tak szerokim strumieniem jak powinna - zżyma się Jarry Emmanuel ze Światowego Programu Żywnościowego.
Ucieczki i trupy Sytuację dodatkowo utrudnia to, że mieszkańcy masowo opuszczają stolicę wyspy i ruszają do rozsianych po wyspie krewnych. Liczą, że w innych częściach Haiti można znaleźć wodę i szpitale, które ciągle przyjmowałyby rannych. Zwykle zastają jednak tylko gruzy i leżące na ulicach trupy.
- To najgorsza katastrofa w historii ONZ - mówi Elisabeth Byrs, z biura ONZ koordynującego pomoc humanitarna. Dodaje, że nawet podczas tsunami, które w 2004 r. spustoszyło południowa Azję zabijając ćwierć miliona ludzi nie było takich problemów z niesieniem ludziom pomocy. Na Haiti liczbę ofiar szacuje się na 200 tys. ludzi. 50 tys. ciał już pochowano w zbiorowych grobach.