Żyć na
Haiti to jak żyć w więzieniu, z którego nie ma ucieczki.
Żeby wydostać się z wyspy, trzeba wypłynąć w morze (ale na czym? na samochodowej dętce? tratwie?). Ale Haiti to również więzienie politycznych władców, którzy nazbyt często okazywali się pospolitymi bandytami.
Przypomnienie tytułu głośnego filmu "Haiti, wyspa przeklęta", adaptacji powieści Grahama Greene'a, to truizm. Truizmy jednak - jak mawia pewien mędrzec - mają to do siebie, że nie przestają być prawdziwe.
Dla porządku dodajmy więc jeszcze jeden: Haiti to najbiedniejszy kraj zachodniej półkuli.
W więzieniu historii Wyspa była pierwszym przyczółkiem konkwistadorów w Nowym Świecie. Hiszpańscy zdobywcy wyrżnęli miejscowych Karaibów i podbitych przez nich wcześniej Arawaków. Francuscy piraci założyli pierwsze miasta w zachodniej części wyspy; która wkrótce przeszła pod panowanie Francji. Sprowadzani z Afryki niewolnicy szybko stali się większością na wyspie. Uprawiali trzcinę cukrową, indygo, kawę i bawełnę. Często wybuchały bunty; w czasach napoleońskich tłumili je polscy legioniści. Kolejne rebelie doprowadziły na początku XIX wieku do powstania niepodległego państwa.
W wybuchających przez cały XIX wiek konfliktach na tle ekonomicznym i rasowym swoje interesy załatwiały dawne kolonialne potęgi. Francja, przy wsparciu
USA, wymusiła na Haiti wypłatę 150 milionów franków w złocie w zamian za uznanie niepodległości kraju, co pogrążyło Haiti w długach, z których już nigdy miało nie wyjść.
Na początku XX wieku prezydent Wilson wysłał tu amerykańskich marines. Oficjalnym pretekstem inwazji była niestabilność kraju (nic tu nowego!) i "zabezpieczenie spłaty zadłużenia". Amerykanie przejęli kontrolę nad finansami państwa i sprawowali rządy wedle ówczesnych rasistowskich praktyk (1915-34).
"Doświadczenia Liberii i Haiti - tłumaczył Robert Lansing, sekretarz stanu Wilsona - pokazują, że rasa afrykańska pozbawiona jest jakichkolwiek zdolności do politycznego organizowania się i brak jej geniuszu rządzenia. Nie ulega wątpliwości, iż istnieje wrodzona tendencja do powrotu do barbarzyństwa i odrzucenia okowów cywilizacji, która jest sprzeczna z ich fizyczną naturą... Fakt ten czyni problem murzyński praktycznie nierozwiązywalnym".
Prasa amerykańska z lat 20. z entuzjazmem pisała o możliwościach inwestowania na Haiti: dniówka zdyscyplinowanego i pracowitego Haitańczyka kosztuje 20 centów; tymczasem np. w takiej Panamie aż trzy dolary.
Amerykanie odbierali chłopom ziemię, którą - tak jak w wielu innych krajach regionu - przejmowały amerykańskie korporacje. Opór miejscowych najeźdźcy topili we krwi; wyrżnęli kilkanaście tysięcy haitańskich buntowników. "Strzelaliśmy do nich jak do świń" - wspominał oficer uczestniczący w tłumieniu rebelii z lat 20., odznaczony później za haitańskie zasługi przez prezydenta Roosevelta.
Okupacja przetrąciła podbitym kręgosłup i zniszczyła zalążki - i tak wątłych - demokratycznych instytucji.
Druga połowa wieku to czasy opętanej niepohamawaną żądzą władzy minidynastii Duvalierów - najpierw ojca (1957-71), potem syna (1971-86), którzy uczynili z Haiti prywatny folwark, a z przeciwnikami prowadzili dialog za pomocą szwadronów śmierci.
Pierwszy Duvalier wykorzystał antyamerykańskie urazy Haitańczyków, jeszcze z czasów okupacji, i objął rządy pod hasłami powrotu do władzy czarnej większości. Ledwie zdobył władzę, stał się wiernopoddańczym aliantem Wuja Sama gwarantującym ochronę jego interesów na wyspie. W zamian Waszyngton systematycznie wspierał obu Duvalierów,
CIA szkoliła haitańską bezpiekę, a wysyłani przez amerykańskich prezydentów marines chronili obu tyranów przed ludowymi rebeliami.
Gdy buntów nie dało się już powstrzymać, Ameryka uznała, że drugi Duvalier "stracił zaufanie" Haitańczyków - i poparła demokratyzację. W istocie Waszyngton nadal wspierał terror duvalierowskich sił bezpieczeństwa "bez Duvaliera".
Pasma politycznych nieszczęść kraju nie przerwał Jean-Bertrand Aristide, nowy przywódca, wcześniej katolicki ksiądz z kręgu teologii wyzwolenia, ekskomunikowany przez Watykan, za to część biedoty traktowała go jak mesjasza. Bezsilny wobec oporu ancien regime'u został po dziewięciu miesiącach rządów, w 1991 roku, obalony w zamachu stanu. Niechęć Waszyngtonu sprawiła, że wrócił na Haiti pod osłoną wojsk ONZ dopiero po kilku latach. Nie ukrócił ani korupcji, ani nepotyzmu. Jak poprzednicy dopuszczał się łamania praw człowieka. Gdy przeciw niemu wybuchł bunt, tym razem jego własnego ludu, wybrał wygnanie.
Jak wielu przywódców wygnańców miał szczęście, którego zwykli obywatele nie mają. Całe Haiti nie może udać się na wychodźstwo, choćby pewnie chciało.
W więzieniu sąsiedztwa Z Haiti więzienia można ewentualnie uciec do sąsiedniej Dominikany - kraju na tej samej wyspie, tylko nieco mniej poturbowanego przez historię. Tam jednak Haitańczyków traktuje się jak podludzi. Czy teraz, po kataklizmie
trzęsienia ziemi, Dominikana znowu - ja to często bywało - zamknie przed Haitańczykami granice?
Jeden z bohaterów powieści Maria Vargasa Llosy "Święto kozła", dominikański polityk z lat 30., mówi o Haitańczykach jako o "wygłodniałych i drapieżnych sąsiadach". "Pokonywali w bród rzekę Masacre i walili po to, aby okradać nasz kraj z rozmaitych dóbr, zwierząt, domów, pozbawiali pracy naszych robotników rolnych, bezcześcili naszą katolicką religię swoimi diabelskimi czarami, gwałcili nasze kobiety, niszczyli naszą kulturę, nasz język, nasze zachodnie i hiszpańskie obyczaje, narzucając nam swoje, afrykańskie i barbarzyńskie. Szef [dyktator Rafael Trujillo] przeciął ten gordyjski węzeł... Nie tylko usprawiedliwiał pamiętną rzeź Haitańczyków w trzydziestym siódmym roku, ale uważał ją za bohaterski wyczyn reżimu... Jakie znaczenie może mieć pięć, dziesięć, dwadzieścia tysięcy Haitańczyków, kiedy chodzi o ocalenie narodu?".