http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ukraina to jednak sukces

Marcin Wojciechowski
2010-01-18, ostatnia aktualizacja 2010-01-15 18:16

Ukraińskie wybory prezydenckie nie są grą o wszystko, jak pięć lat temu. Niezależnie kto wygra, Ukraina pozostanie ułomną demokracją

Tak było pięć lat temu: 25 listopada 2004 r. w Kijowie, wiec przeciwko sfałszowaniu wyników wyborów prezydenckich
Fot. Krzysztof Miller / AG
Tak było pięć lat temu: 25 listopada 2004 r. w Kijowie, wiec przeciwko...
Wzorem rosyjskich kolegów najwięksi ukraińscy bogacze Rinat Achmetow, Dmytro Firtasz, Ołeksandr Jarosławski spędzali Nowy Rok i prawosławne Boże Narodzenie we francuskim kurorcie alpejskim Courchevel. Już od lat zimą dominuje tam język rosyjski, a menu w najlepszych lokalach drukowane jest cyrylicą. Francuscy kelnerzy nauczyli się serwować zimną wódkę i śledzie, restauracje sprowadzają ogórki kiszone i kawior, do którego smażą tysiące blinów i gotują pierogi. Ludzie Wschodu nie lubią bowiem kulinarnych nowinek.

To w Courchevel - zdaniem portalu "Ukraińska Prawda" - główni ukraińscy oligarchowie mieli uzgodnić, że wolą jako głowę państwa raczej przewidywalnego Janukowycza niż nieobliczalną premier Julię Tymoszenko. Problem w tym, że teraz ich decyzję musi jeszcze przyklepać naród. Ale w tym roku nastroje elity finansowej dziwnie pokrywają się z odczuciami społecznymi w sondażach.

Część Ukraińców odczuwa niesmak, że prezydentem zostanie najpewniej ten sam polityk, który pięć lat temu próbował brutalnie sfałszować wybory głowy państwa. I przeciwko któremu powstała ponad połowa kraju przekonana, że walczy o być albo nie być Ukrainy.

Jednak Partia Regionów Janukowycza już po 2004 r. wygrała dwukrotnie wybory parlamentarne, których demokratyczności nie kwestionowała żadna siła polityczna ani obserwatorzy z zagranicy. On sam był po raz drugi premierem od sierpnia 2006 do końca 2007 r. i nic się w kraju nie stało, poza tym, że zrezygnował ze starań o członkostwo w NATO, któremu przeciwna jest większość Ukraińców. - Janukowycz dziś to zupełnie inny człowiek niż pięć lat temu - mówi znany kijowski filozof prof. Myrosław Popowycz. Wtedy był namaszczony przez poprzedniego prezydenta Leonida Kuczmę, żeby zgodnie z rosyjską tradycją przejąć władzę po poprzedniku. Dziś jest samodzielnym politykiem. I choć znów stoi za nim głównie wschodnia Ukraina z jej zapatrzeniem w Rosję, oligarchami, przemysłem ciężkim, górnikami i hutnikami gotowymi ślepo słuchać swoich przywódców, to trudno nazwać go politycznym Misterem Nobody.

Kurtyna odsłania się raz szerzej, raz węziej

Janukowycz jest wciąż grubo ciosany, kaleczy język ukraiński, nawet po rosyjsku ma niewiele do powiedzenia, ale przynajmniej akceptuje demokratyczne reguły gry. - To fighter. Gdyby był mięczakiem, po porażce w pomarańczowej rewolucji wycofałby się z polityki - mówi prof. Popowycz.

Noszona pięć lat temu na rękach jako księżniczka pomarańczowej rewolucji Julia Tymoszenko też nie jest doskonała. Mimo proeuropejskiej retoryki wcale nie gwarantuje skoku na Zachód. Też ma oligarchów w swoim zapleczu, tylko mniej zamożnych niż Janukowycz. Początek roku witali w ukraińskich Karpatach. - Ona skupia wokół siebie głównie sektor bankowy i importerów - tłumaczy lwowski intelektualista Taras Wozniak. Jest mistrzynią składania obietnic, co w końcu obróciło się przeciwko niej. Nie sposób wytłumaczyć inaczej ostatniego spadku jej notowań w sondażach.

Tymoszenko doskonale dogaduje się za to w sprawach energetycznych z rosyjskim premierem Władimirem Putinem. Nie wiadomo, jakie obietnice składa w zamian za gazowe ustępstwa Moskwy. A że Rosja nie ulega w energetyce za darmo, jest więcej niż pewne. Charyzma i niewinne spojrzenie Tymoszenko już nie wystarczają, by przekonać ludzi, skąd stać ją na kreacje od Louis Vittona za kilkadziesiąt tysięcy dolarów (czasem zmienia je kilka razy dziennie), skoro oficjalnie zarabia 2 tys. dol. Tak samo mało wiarygodne są tłumaczenia, że nie ma nawet własnego mieszkania, a luksusowej willi pod Kijowem użyczają jej bezpłatnie tajemniczy przyjaciele.

Odchodzący prezydent Wiktor Juszczenko, który pięć lat temu miał być remedium na wszelkie bolączki Ukrainy, kończy kadencję w niesławie z 4 proc. poparcia, choć wciąż odgraża się: "Zobaczycie, że wygram te wybory!". A kreowany kilka miesięcy temu na alternatywę wobec pozostałych kandydatów młodziutki Arsenij Jaceniuk musi zadowolić się na razie 4.-5. miejscem, bo zupełnie nie trafił w gusta wyborców. Może to zresztą i lepiej, że ludzie nie wierzą już w cud, który wydarzy się, gdy tylko wybiorą odpowiedniego kandydata. - Pięć lat temu mówiłem po zakończonej rewolucji: "Do roboty!" - wspomina prof. Wiaczesław Briuchowiecki, b. rektor Akademii Kijowsko-Mohylańskiej. - Ale zabrakło wytrwałości. Albo zrozumienia, że rewolucja nie wystarczy, by zmienić kraj.

Pięć lat po pomarańczowej rewolucji wydaje się, że ukraińska polityka weszła w dawną koleinę. Można ją nazwać postradziecką, putinowską, wschodnioeuropejską trzecią drogą. Niby jest demokracja, ale niedoskonała. Niby jest kapitalizm, ale nie do końca. Rządy prawa są raczej rządami tych, którzy prawo uchwalają. Niby rządzą politycy, ale ktoś steruje nimi z tylnego siedzenia. Niby życie polityczne jest jawne, ale spora jego część toczy się za zasłoniętą kurtyną. Kurtyna czasem odsłania się, raz szerzej, raz węziej. Ale obywatele mają wrażenie, że oglądają tylko część spektaklu.

Oni rozsadzą Europę!

Jeśli ktoś nigdy nie był na Ukrainie i przyjeżdża tam z rozwiniętej demokracji - choćby takiej jak w Europie Środkowej - to jest w szoku. I oni chcą wejść do Unii Europejskiej? To zupełnie inny świat, inna kultura polityczna, inne standardy. Oni rozsadzą Europę!

Z kolei, jeśli śledzi się wypadki w b. ZSRR, to widać, że Ukraina zrobiła postępy w porównaniu z sąsiadami. W wyborach do ostatniej chwili nie wiadomo, kto wygra i raczej nie ma obaw - jak pięć lat temu - że ktoś je sfałszuje. Partie, choć działają w otoczeniu oligarchicznym, to jednak konkurują między sobą, bo nie ma ustalonego z góry monopolu na wejście do klubu oligarchów i funkcjonowanie w polityce jak w Rosji. Ta konkurencja relacjonowana jest w pluralistycznych w mediach, które w większości też należą do oligarchów, ale ponieważ rywalizują oni między sobą, to siłą rzeczy do widza trafiają różne punkty widzenia, a nie jeden oficjalny, jak na Białorusi czy w Rosji.

Państwo ukraińskie może sprawiać wrażenie łupu, na którym pasożytuje bezideowa elita. Wyłoniona przez przypadek, pozbawiona celu albo na tyle zajęta swoimi sprawami, że nieumiejąca (niepróbująca?) go nawet sformułować. - W Rosji to przynajmniej umieją kraść z fantazją albo mordować na potęgę jak za Stalina i jeszcze budować imperium. Wszystko jest na ogromną skalę. A na Ukrainie wszystko jest miałkie, prowincjonalne i nijakie - wyznał mi kiedyś zachodni dyplomata.

Ale ta bezideowa elita powstrzymuje kraj przed rozpadem już prawie 20 lat, choć od początku ukraińskiej niepodległości wieszczą go renomowani analitycy od Ameryki po Rosję. "Sztuczny twór" - jak nazwał Ukrainę podczas szczytu NATO w Bukareszcie ówczesny prezydent Rosji Władimir Putin - trzyma się na przekór wszelkim prawom logiki.

Jakoś łagodzi konflikty między proeuropejskim zachodem i prorosyjskim wschodem kraju. Skutecznie unika konfrontacji na wieloetnicznym i wieloreligijnym Krymie, choć powstrzymać podobnych konfliktów nie udało się elitom innych państw postradzieckich. Poza sferą retoryczną nie ma nad Dnieprem konfliktu między językiem rosyjskim a ukraińskim. Choć nie jest to zapisane w prawie, Ukraina jest dwujęzyczna i mieszkańcy radzą sobie z tym znakomicie. Rosyjski nie drażni we Lwowie, tak samo jak za mówienie po ukraińsku nikt nie oberwie w Doniecku. Parlament jest faktycznie dwujęzyczny, w telewizji każdy mówi, jak mu w danej chwili wygodniej.

Dziś już się nie strzela

Nie zależnie od tego, czy Ukrainę cementuje idea narodowa, czy raczej chłodny pragmatyzm elity traktującej państwo jako gwarancję własnych interesów, efekt końcowy jest dokładnie ten sam. Gdy grozi niebezpieczeństwo, np. wojna gazowa z Rosją, utrata kawałka terytorium, jak siedem lat temu podczas rosyjsko-ukraińskiego sporu o Półwysep Tuzła, czy wręcz rozpad kraju, jak podczas pomarańczowej rewolucji, elita kraju jednoczy się, choćby na chwilę, żeby ugasić pożar. - Naszym politykom, niezależnie od poglądów, potrzebna jest cała Ukraina, a nie tylko kawałek. To najlepsza gwarancja utrzymania niepodległości i jedności - śmieje się analityk Orest Drul.

Kultura polityczna też różni się od tej sprzed 15 lat. W latach 90. spory polityczne czy biznesowe załatwiano za pomocą granatu, kałasznikowa, czasem nieoświetlonego kamaza, który wyjeżdżał na drogę przed limuzynę znanego biznesmena czy polityka. Ale od ponad pięciu lat na Ukrainie nie giną dziennikarze ani obrońcy praw człowieka, nie było żadnego morderstwa o podtekście politycznym. To mimo wszystko krok do przodu, zwłaszcza że u sąsiadów nie jest tak różowo.

Ukraińscy politycy są zależni od oligarchów, ale nie są marionetkami w ich rękach. Wiadomo, że najbogatszy Ukrainiec Rinat Achmetow finansuje opozycyjną dziś Partię Regionów, której sam jest zresztą deputowanym w Radzie Najwyższej. Ale zarazem ten sam Achmetow miał wielką ochotę dogadać się w poprzedniej kadencji z prezydentem Juszczenką. W końcu bez poparcia głowy państwa w systemie oligarchicznym nie da się robić wielkich interesów, zwłaszcza jeśli ma się ambicje wykraczające za granicę. Ale dogadaniu się z Juszczenką był przeciwny Janukowycz, który od pięciu lat dąży do rewanżu za pomarańczową rewolucję. - Kilka lat temu Achmetow bez skrupułów fizycznie usunąłby Janukowycza, postawiłby kogoś innego na czele partii i byłoby po sprawie - mówi Askold Jeromin, wiceszef dziennika "Wysoki Zamok". - Teraz nie może. Po prostu takie zachowanie nie pasuje już do systemu obowiązującego na Ukrainie.

W Doniecku, z którego wywodzą się Achmetow i Janukowycz, każdy wie, kto w latach 90. stracił życie, bo był niewygodny dla reszty klanu donieckiego. Dziś ukraińskie klany nie działają już jak mafie, ale raczej partie polityczne czy grupy lobbystyczne, stosując bardziej cywilizowane metody.

W Rosji klany oligarchiczne z czasów Borysa Jelcyna zastąpiła nowa elita wywodząca się głównie ze służb specjalnych i armii. Kto próbował się temu przeciwstawić, siedzi w więzieniu albo na emigracji. Pozostali przyjęli narzucone przez władzę reguły gry. Ukraina wybrała bardziej miękki model transformacji, która daje nadzieję - choć nie pewność - że kraj kiedyś zbliży się do europejskiego modelu państwa prawa.

Ukraińskie wybory prezydenckie nie są grą o wszystko jak pięć lat temu. Wtedy chodziło o demokrację lub autorytaryzm. Zupełnie poważnie słyszałem od wielu ludzi: "Za to warto nawet zginąć". Dziś, niezależnie kto wygra, Ukraina pozostanie ułomną demokracją. Nadal otwarte jest pytanie, jak będzie ewoluować: ku Rosji, czy ku Europie. Jeśli przyszły prezydent zdoła nieco ustabilizować politykę, przywrócić sterowność państwu, choćby tylko lekko pchnąć reformy, to będzie już spory sukces. A czy będzie to Janukowycz, czy Tymoszenko, mniejsza o to. Żadne z nich nie jest ideałem. Może to oznaka normalności, że wybory nad Dnieprem nie są już grą o wszystko, ale decyzją jak wiele innych. Jest tylko jeden problem. Gdy Ukraina wciąż zastanawia się nad sobą, świat nie stoi w miejscu. I buksując, tak naprawdę Ukraina się cofa. Ale ukraińska elita najwyraźniej tego nie widzi.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':