Rozmowa z Wołodymyrem Horbaczem , analitykiem kijowskiego Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej
Mariusz Zawadzki: Jaki będzie wynik niedzielnych wyborów na prezydenta? Wołodymyr Horbacz: Do drugiej tury przejdą lider opozycji Janukowycz i premier Tymoszenko.
A kto z nich wygra w drugiej turze? Możliwe są najdziwniejsze scenariusze - nawet, że żadne z nich! Na Ukrainie może się zdarzyć dosłownie wszystko. Mamy taki stary dowcip: Podczas posiedzenia ukraińskiego rządu premier mówi, że sytuacja kraju jest tragiczna, kryzys, długi,
inflacja itd. Ale, powiada premier, mamy dwa wyjścia z sytuacji: realistyczne i fantastyczne. Jedno jest takie, że zakasujemy rękawy, bierzemy się do roboty i rozwiązujemy nasze problemy. To jest wyjście fantastyczne. Realistyczne jest takie, że przyjeżdżają Marsjanie i wszystko robią za nas.
Pomówmy więc o scenariuszu, w którym Janukowycz i Tymoszenko wygrywają pierwszą turę, ale żadne nie zostaje prezydentem... To może zdarzyć się w przypadku, gdy przewaga Janukowycza nad Tymoszenko będzie w niedzielę duża, powyżej 10 proc., a milioner Sierhiej Tyhipko, czarny koń wyborów, zajmie trzecie miejsce. Wtedy ona, zrozumiawszy, że nie ma szans dogonić Janukowycza, zrezygnuje wpuszczając do drugiej tury Tyhipkę. W zamian zażąda oczywiście gwarancji, że pozostanie premierem po zwycięstwie Tyhipki.
Czy rzeczywiście Julka nie ma szans z Janukowyczem? Wielu analityków uważa, że Janukowycz przegra w drugiej turze z kimkolwiek się tam znajdzie, bo przeciwko niemu zagłosują wszyscy wyborcy pomarańczowi.
Ale nie z nią! Oboje mają potężny elektorat negatywny, czyli miliony wyborców, którzy nie zagłosują na nich w żadnych okolicznościach. Tylko, że Janukowycz ma dwa razy więcej twardych zwolenników. On po prostu nie ma jak przegrać z Tymoszenko w drugiej turze, choćby się starał przegrać.
A z Tyhipką? Z Tyhipką najpewniej przegra. Tyhipko jest młodszy, bardziej seksowny, bardziej przebojowy, nie ma elektoratu negatywnego, bo przez ostatnie pięć lat nie brał udziału w polityce. W tym scenariuszu Tyhipko zostaje prezydentem.
Czy Tymoszenko myśli na tyle racjonalnie, żeby zdać sobie sprawę z nieuchronności porażki z Janukowyczem?
Tak, bo przy całej swojej emocjonalności, jest ona pragmatykiem. Jeśli naprawdę będzie czuła, że nie ma szans, to pójdzie na układ z Tyhipką. Taki układ byłby zresztą dla nich obojga wygodny. Ona woli być premierem, bo premier rządzi krajem w sensie administracyjnym: ustala politykę gospodarczą,
budżet itd. Tyhipko raczej nie może być premierem, bo jest outsiderem, który nie ma poparcia żadnej siły politycznej w parlamencie. Ale może być prezydentem.
Ten scenariusz oznacza koniec Janukowycza, który nic nie zyskuje, a wszystko traci.
A drugi scenariusz? Drugi scenariusz oznaczałby z kolei koniec Tymoszenko. Do drugiej tury przechodzą Janukowycz i ona, ale Janukowycz, nie czekając na drugą turę, dogaduje się z prezydentem Wiktorem Juszczenką. Jest to możliwe, bo paradoksalnie, nie ma między nimi takiej nienawiści jak między dwójką dawnych przywódców pomarańczowej rewolucji.
Parlament odwołuje Julkę z funkcji premiera i powstaje nowa koalicja rządową z pominięciem Bloku Julii Tymoszenko. Premierem zostaje jakiś zaufany człowiek prezydenta Juszczenki. Elektorat pomarańczowy dostaje sygnał, że Janukowycz nie taki straszny, i w zasadzie można go nawet w drugiej turze poprzeć. Że nie będzie zwrotu w stronę Rosji, bo prozachodni narodowiec Juszczenko - przez swoich ludzi w rządzie - zachowa wpływ na losy kraju. Janukowycz wygrywa drugą turę w cuglach, Tymoszenko całkowicie wypada z gry. Były prezydent Juszczenko triumfuje.
Triumfuje po porażce w wyborach? To nie byłaby jego porażka, tylko sukces. On przecież zdaje sobie sprawę, że nie ma szans na reelekcję. Cała jego kampania wyborcza ma na celu tylko jedno: nie dopuścić Tymoszenko do prezydentury.
A jeśli wszystko odbędzie się po bożemu, czyli Tymoszenko nie zrezygnuje na rzecz Tyhipki, tylko jako urzędujący premier stanie do drugiej tury z Janukowyczem?
Ten pozornie najnormalniejszy scenariusz jest potencjalnie niebezpieczny i może przynieść najbardziej fantastyczny rezultat. Po drugiej turze przegrany kandydat, zapewne Julka, składa protest do Naczelnego Sądu Administracyjnego, twierdząc, że wybory sfałszowano.
Niestety od grudnia nie mamy w tym sądzie prezesa, a raczej mamy dwóch. Byłemu skończyła się kadencja, ale nie wybrano nowego. Wiceprezes samowolnie ogłosił się prezesem, ale za prezesa uznaje się też stary prezes. Obaj mają własne pieczęcie prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego. Ta pieczęć będzie potrzebna, żeby potwierdzić ważność wyborów.
Jeden prezes popiera Tymoszenko, a drugi Janukowycza. Obaj wydadzą zatem sprzeczne orzeczenia. Zwycięzca wyborów będzie się uznawał za prezydenta, ale nie będzie mógł zostać zaprzysiężony. Przegrany też będzie się uważał za prezydenta, bo przecież wybory, jego zdaniem, sfałszowano. Również ustępujący prezydent -
Wiktor Juszczenko - będzie uznawał się za prezydenta, bo jego następca przysięgi nie złożył.
W tym chaosie może wyskoczyć jeszcze przewodniczący parlamentu Wołodymyr Łytwyn, który zgodnie z konstytucją zastępuje prezydenta, kiedy ten nie może sprawować funkcji. Łytwyn ogłosi, że ponieważ jest problem z ustaleniem prezydenta, on zostaje prezydentem do wyjaśnienia sporu. I będziemy mieli na Ukrainie czterech prezydentów jednocześnie.