Trasa Warszawa - Katowice. Romanów, 19 km na południe od Częstochowy. Kierowca jasnego mercedesa zdecydowanie skręca na stację benzynową. Przy dystrybutorze kartka: "Brak prądu". Na oparach paliwa
auto rusza dalej. Szanse, że dojedzie do czynnej stacji, niewielkie - na zachód od Romanowa, a tam pojechał, prądu też nie ma. W pobliskim Rudniku Wielkim na ulicach pusto. Z rzadka przejedzie
samochód. Jeszcze rzadziej przemknie człowiek. Dzieci z tornistrami też nie widać, bo szkoły i przedszkola w okolicy zamknięte. Obwieszczenie na drzwiach: "Placówka będzie czynna w dniu następnym po włączeniu prądu". Tak jest od soboty, kiedy marznący deszcz uszkodził w regionie linie wysokiego napięcia.
Dajcie mi tu energetyka
Na widok obcych ("bo może to ktoś z zakładu energetycznego?") przed dom wybiega pan Andrzej, niestary jeszcze emeryt. Chętnie porozmawiałby z jakimś energetykiem. Bo wiosną dwóch takich było w Rudniku i dokładnie przeszukało mu dom. Sprawdzali, czy prądu nie kradnie. Nic nie znaleźli ("bo ja rachunki płacę"), ale za podejrzenia nawet nie przeprosili. A teraz też nie ma ani "przepraszam", ani nawet informacji, kiedy prąd będzie.
- Ogrzewanie też nie działa - wylicza emeryt. - Piec jest wprawdzie na ekogroszek, ale bez prądu pompa nie doprowadza wody do kaloryferów. Dzięki Bogu mamy kominek, to w jednym pokoju i w kuchni jest ciepło. Ugotować coś możemy, bo nie dałem się żonie przekonać do kuchni elektrycznej i mamy gazową. Tylko z telefonami to pospieszyłem. Tylko komórki mamy, a tych naładować nie sposób.
- Za miastem nic nie działa - ocenia Grzegorz Klyta. - Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak jesteśmy uzależnieni od elektryczności.
Sam mieszka w Częstochowie, więc ma ciepło i widno nawet po zmroku, ale w Rudniku mieszkają jego rodzice.
- Kupiliśmy agregat i jest trochę lepiej, bo ogrzewanie ruszyło. Jak tu trochę podgrzejemy, to przeniesiemy urządzenie do ciotki.
Po agregat trzeba było jechać aż na Śląsk, bo w Częstochowie to teraz towar deficytowy - gdy zabrakło prądu, rozeszły się jak świeże bułeczki.
- A ja mam w domu ciepło bez agregatu - chwali się pani Lidia ze Starczy. - Fachowcy, którzy wymieniali mi ogrzewanie, podpowiedzieli, co zrobić, żeby piec działał także bez prądu.
Co konkretnie? Tajemnica warsztatu. Ostatnie wydarzenia nauczyły panią Lidię cieszyć się z drobiazgów.
- Od poniedziałku mamy wodę, bo wcześniej nie było. Strażacy coś pokombinowali - uśmiecha się. Mogła się wykąpać, umyć włosy - junkers jest na gaz. - Ale zdjęć mi nie róbcie, bo suszarka nadal nie działa - zastrzega.
Makrele ofiarą aury W sklepie spożywczym w Rudniku zimno jak w lodówce. Ubrana "na cebulę" pani Monika rozpakowuje towar.
- Dobrze, że mamy świeże pieczywo - mówi. - Piekarnia ma własny agregat, więc pracuje. Tylko ruchu właściwie nie ma, bo ludzie z domów się nie ruszają.
Jej szef dla sklepu jakoś agregator załatwił, więc lodówki działają. Nie trzeba będzie wyrzucać mięsa, wędlin i mrożonek. Znacznie silniejszego dla wędzarni ryb, którą prowadzi, - nie udało się zdobyć (jest 40. w kolejce). Wędzarni uruchomić nie może, choć klienci czekają na zamówiony towar - 200 ton makreli, których uwędzić na razie nie ma jak. - Da się kogoś pozwać o odszkodowanie? - zastanawia się więc Sebastian Huras i sam sobie odpowiada: - Pewnie nie, bo zakład energetyczny uzna, że to nie jego, a aury wina.
Ale gdy zapada zmrok, a telewizorów się włączyć nie da, w odłączonych od prądu miejscowościach budzi się życie. Życie rodzinno-towarzyskie.
- W poniedziałek zjechało się do mnie 30 osób, cała rodzina ze strony mamy - opowiada pani Monika ze sklepu. - Nie pamiętam, kiedy bez okazji było tylu gości! I wiecie, co robiliśmy? Graliśmy w chińczyka!
15-letni Radek bez szkoły, komputera i telewizora nudzi się jak mops. Za dnia wymyśla sobie zajęcia: chodnik odśnieżyć, dziadkom śnieg z dachu zrzucić... - Wieczorami do mnie przychodzą koledzy, do rodziców znajomi i gramy w karty albo w monopoly.
Poczekajmy dziewięć miesięcy - W niedzielę spotkaliśmy się ze znajomymi - opowiada z kolei pani Lidia. - Dzieciaki grały w państwa - miasta, choć jeszcze niedawno nie wyobrażały sobie, że można kilka godzin przeżyć bez SMS-ów i internetu. Mąż brzdękał na gitarze, reszta rozmawiała.
Zresztą mąż - bez wyrzutów sumienia, że powinien robić coś ważniejszego - nadal gra na gitarze. Ona i dzieci, obstawieni świecami i latarkami, czytają do upadłego. W przerwach - rozmawiają.
- Mogliby częściej prąd wyłączać na dłużej - żartuje pani Lidia. - Byle cieplej było.
W towarzysko-rodzinnych rozmowach (często zakrapianych, bo "rozgrzać się trzeba") przewijają się rozważania: - Ciekawe, ile dzieci urodzi się za dziewięć miesięcy? Te na pewno można robić bez prądu.