Kiedyś Apis nawet w nocy łaził po wiosce, wchodził do domów, czasem coś kradł. Pewnie kleptoman, bo nigdy nikogo nie zaatakował. Niektórzy jednak się go bali, dlatego matka nie miała wyboru, musiała coś z tym zrobić. Apis ma jednak szczęście: nie siedzi zamknięty, nie jest przykuty łańcuchem do ściany albo podłogi. Łańcuch ma tylko na rękach; od ośmiu lat.
Apis był kiedyś w szpitalu w samej Dżakarcie; krótko. Po powrocie był trochę spokojniejszy, ludzie nabrali nadziei, że da się z nim żyć. Niestety, po kilku miesiącach dziwne zachowania wróciły. Teraz rodzina Apisa nie ma pieniędzy na szpital, a Apis znowu nosi łańcuchy.
Szpital za morzem Apis mieszka na Sumatrze w typowej wsi, gdzie wiele rodzin utrzymuje się dzięki krewnym pracującym w miastach. Osoba pracująca, zazwyczaj mężczyzna, jest przez pracodawcę ubezpieczona. Oczywiście o ile nie pracuje na czarno, jak
63 proc. wszystkich zatrudnionych w Indonezji. Zazwyczaj ubezpieczenie obejmuje też trzech członków rodziny. Jednak często nie pokrywa kosztów leczenia w szpitalu. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia jedynie 15 proc. Indonezyjczyków jest ubezpieczonych na wypadek hospitalizacji. Ci, którzy nie mają w najbliższej rodzinie ubezpieczonego krewnego, muszą płacić za każdą wizytę u lekarza. Za dzień pobytu w specjalistycznym szpitalu rodzina Apisa musiała zapłacić bardzo dużo; podobno tyle co średnia miesięczna pensja. Poza stolicą to około miliona rupii, równowartość 100 dolarów. Dla porównania 18 proc. Indonezyjczyków żyje poniżej granicy ubóstwa, czyli za mniej niż 1 dolara dziennie.
Indonezja składa się z ponad 17 tysięcy wysp, a ludność oprócz urzędowego bahasa indonesia, mówi ponad 250 odrębnymi językami. Aby dotrzeć do specjalistycznego ośrodka, chorzy muszą przebyć wiele kilometrów, często przez morze, oraz pokonać bariery językowe.
Największym problemem dla chorego i jego rodziny jest choroba przewlekła. Ludzie pozbawieni pomocy ze strony państwa radzą sobie na własną rękę. Podejrzani o choroby umysłowe są izolowani w komórkach i klatkach. W ten sposób rodzina radzi sobie ze wstydem, chroni swoich sąsiadów przed ewentualną agresją chorego, a członka rodziny przed linczem czy innymi szykanami.
Hermawati - 2 lata Hermawati jest bardzo zadbana. Ma czyste, obcięte paznokcie i świeżą odzież. Jej matka bardzo dba o córkę. Tylko mały szałas Hermawati cuchnie ekskrementami.
Kobieta ma 32 lata, jest drobna i krucha, jednak podobno podczas napadu furii dwóch mężczyzn nie może sobie z nią poradzić. Jest uwięziona dopiero drugi rok, rodzina chce się z nią wybrać do lekarza, ale najbliższy jest w Medan, o dwa dni drogi. Na razie krewni zbierają pieniądze na podróż. Bardzo liczą na pomoc lekarza - przecież jeszcze niedawno ich córka i siostra prowadziła normalne życie. Rzadko jednak się słyszy o wyleczeniu takich jak Hermawati.
Na Sumatrze nazywa się ich "stressful people" - ludzie stwarzający problemy. Do stwarzających problemy zalicza się w Indonezji tych, którzy dopuszczają się przestępstw, są umysłowo chorzy, niebezpieczni czy agresywni. Czasami też tych, którzy naruszają w jakiś sposób dobre obyczaje czy spokój wspólnoty. W jednej z wiosek zamknięto kobietę umysłowo chorą, chociaż nieagresywną. Rodzina chciała w ten sposób chronić ją przed mężczyznami, którzy mogli ją seksualnie wykorzystać. Bo kobieta mimo choroby była bardzo piękna.
Gobi - 6 lat Alis ma 17 lat, kilka razy uwalniała Gobiego z dwumetrowego łańcucha, próbowali razem uciec z wioski. Zawsze łapali ich jej rodzice. Raz także ją przykuli do ściany. Z bezradności i przeświadczenia, że ich córka też zachorowała. Poza tym trzeba wybić jej z głowy taką miłość. Nie pomogło.
Gobi jest więźniem swojego wuja od sześciu lat. Pali papierosa za papierosem. Nic nie ma, nawet materaca, bo wszystko podpala. Nie zawsze tak było. Kiedyś mieszkał z rodzicami w Dżakarcie, studiował. Kiedy umarł jego ojciec, a matka związała się z nowym mężczyzną, chłopak zaczął uciekać w narkotyki. Po nich zdarzało mu się być agresywnym. Matka, obawiając się reakcji drugiego męża na "problematycznego" syna, oddała Gobiego krewnym, a ci go zamknęli.
Alis zobaczyła Gobiego pierwszy raz, gdy już był przykuty łańcuchem w domu wuja. Przychodziła często, rozmawiali. Wtedy Gobi jeszcze się porozumiewał. Ale od ostatniej ucieczki, po której również dziewczyna spędziła rok w zamknięciu, już się nie widywali, bo rodziny dobrze ich pilnowały. Gobi przestał mówić. Obecnie nie ma z nim żadnego kontaktu.
Rodzina wybiera pasung To nawet nie ze złości rodziny przykuwają chorych. Najczęściej krewni po prostu są bezradni. Chcieliby pomóc, ale nie wiedzą jak. Stosują więc pasung - tradycyjne, skuteczne od wieków metody: zakucie i izolacja. Chorzy latami żyją więc przykuci do ścian czy podłóg. Bez wizyt lekarzy, bez najprostszych choćby form terapii.
Dla Europejczyków widok indonezyjskich "stressful people" jest przerażający i przejmujący. Nie pamiętamy już, że sami do niedawna w podobny sposób - a może i gorzej - traktowaliśmy psychicznie chorych. Dochodziły do tego bowiem jeszcze tortury i różne formy eksperymentów. Powszechny był pogląd, że ludzie ci odznaczają się brakiem wrażliwości na ból. Nie mają przecież rozumu, który odpowiedzialny jest za odczuwanie cierpienia. A cóż innego nas, ludzi, odróżnia od zwierząt, jeśli nie rozum właś-nie? Stąd wniosek, że nie są ludźmi. Taka właś-nie logika prowadziła do zupełnego braku ograniczeń w zwierzęcym traktowaniu tych "nie-ludzi". Nie tylko w Europie. W Pennsylvania Hospital, pierwszym w
USA szpitalu psychiatrycznym powstałym w 1756 roku, do codziennych praktyk leczniczych należało upuszczanie krwi do utraty przytomności, chłosta czy podawanie środków przeczyszczających tak długo, aż chory wydalał już tylko śluz. No i przykuwanie, które było absolutnym standardem.
W Indonezji w ciągu ostatnich dziesięciu lat - po upadku w 1998 roku dyktatury Suharto i zmianie konstytucji - przestrzeganie praw człowieka uległo poprawie, lecz pomimo to sytuacja osób z zaburzeniami psychicznymi jest jeszcze daleka od ideału. W szpitalach psychiatrycznych nadal brak kontroli nad stosowanymi metodami. W maju 2009 roku uwagę indonezyjskich mediów zwrócił raport mówiący, że duża liczba pacjentów zakładów psychiatrycznych nadal umiera w wyniku nadmiernych biegunek i niedożywienia. Inne nadużycia to stosowanie niezmodyfikowanej (zarzuconej w Europie z powodu wielu powikłań) terapii szokowej leczenia elektrowstrząsami (ECT), izolacja, brutalne zachowania ze strony personelu szpitalnego.