Wskazują na to najnowsze sondaże wykonane już po ubiegłotygodniowej próbie "zamachu" na Browna, której dopuścili się członkowie jego własnej partii. Były minister obrony Geoff Hoon i była szefowa resortu zdrowia Patricia Hewitt rozesłali do posłów Partii Pracy e-maile nawołujące do rozpisania głosowania nad wotum nieufności wobec premiera. Zdobyli tylko nieznaczne poparcie wśród laburzystów.
Także wyborcy stawiają na Browna, który tekę premiera i przywództwo partii przejął po Tonym Blairze w 2007 r. W sondażu, który opublikował wczoraj
dziennik "The Times", 41 proc. pytanych uznało, że Brown jest dziś najlepszym przywódcą Partii Pracy. To wzrost aż o 8 proc. od września.
Jeszcze lepiej jest wśród wyborców laburzystów - Browna popiera 71 proc. Tylko 12 proc. twierdzi, że widzi lepszego przywódcę - najczęściej wymieniany jest minister spraw zagranicznych David Miliband. "To pokazuje, jak bardzo izolowani są ci, którzy spiskowali przeciw Brownowi" - komentuje "The Times".
Premier najwyraźniej otrząsnął się już po "zamachu", bo we wtorek zapowiedział, jak będzie wyglądać jego kampania wyborcza. Mówił, że chce stanąć do wyborów jako ten, który wyprowadził Wielką Brytanię z najpoważniejszego od lat kryzysu ekonomicznego. Kluczowe mają być "
domy, miejsca pracy i aspiracje ludzi".
Popularność Browna rośnie, a jego rywala, przywódcy konserwatystów Davida Camerona maleje. Wyborcy coraz częściej mówią, że jest to dobry przywódca przede wszystkim dla bogatych.
To zapewne jednak nie wystarczy laburzystom, by po raz czwarty z rzędu wygrać wybory, bo notowania partii są bardzo niskie. W sondażu dla "The Times" mają 28 proc. poparcia, podczas gdy konserwatyści - 41. Wrażenie, że partia jest podzielona, jeszcze zniechęciło do niej wyborców - od grudnia laburzyści stracili dwa punkty procentowe.
Podobne wyniki partie uzyskały w sondażu dla brukowca "The Sun" w zeszłym tygodniu - 30 do 42 proc. W dodatku, jak donoszą media, laburzyści są w tarapatach finansowych i mają na kampanię o wiele mniej pieniędzy niż konserwatyści.