Układ pokojowy zastąpiłby obecny rozejm, który obowiązuje na Półwyspie Koreańskim od zakończenia wojny koreańskiej z lat 1950-53. Przedzielony strefą zdemilitaryzowaną półwysep jest formalnie w stanie wojny. Zawieszenia broni pilnuje 1,5 mln żołnierzy rozstawionych po obu stronach najeżonej zasiekami linii granicznej wzdłuż 38. równoleżnika.
- Jeśli między Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną a
USA ma zrodzić się zaufanie, sprawą kluczową jest zawarcie traktatu pokojowego kończącego stan wojny, źródło wrogich stosunków - powiedział cytowany przez agencję KCNA rzecznik
MSZ. O tym, że taki układ wymagałby jeszcze zgody Chin i USA, dwóch pozostałych sygnatariuszy tamtego rozejmu agencja nie wspomina.
W zamian za pokój Północ gotowa jest wrócić do międzynarodowych rozmów rozbrojeniowych o swym programie atomowym prowadzonych w szóstkę (USA, Chiny, obie Koree,
Rosja, Japonia), które przerwała półtora roku temu. Towarzyszyły temu groźby, test jądrowy i seria testów rakietowych.
Układ pokojowy to nowa oferta w grze o przetrwanie, którą komunistyczny reżim prowadzi od lat. Dynastia Kimów szykująca sukcesję, której sygnałem były uroczyste urodziny 28-letniego Kim Jung-una, przyszłego Kima III, rządzi głodującym, odciętym od świata krajem i ma tylko jeden argument negocjacyjny: broń atomową.
Grozi nią, by następnie wymuszać pomoc międzynarodową. Z reguły zaczyna od eskalacji gróźb na skraju wojny, odczekuje i jakiś czas potem zgłasza gotowość powrotu do rozmów rozbrojeniowych za korzyści. Tak też odczytywany jest wczorajszy apel.
Został on wystosowany miesiąc po wizycie w Pjongjangu amerykańskiego wysłannika Stephena Boswortha, który pojechał tam z osobistym listem od prezydenta Baracka Obamy. Ten ostatni proponuje w nim pomoc i normalizację stosunków za powrót do stołu negocjacji. Podobne listy wysyłali poprzednicy Obamy.
68-letni Kim Dzong Il, który mimo wylewu krwi do mózgu w sierpniu 2008 r. wydaje się trzymać kraj silną ręką, czuł się dotąd panem
gry. Teraz jednak Waszyngton postąpił inaczej. Poprzednicy Obamy skupiali się na rozbrojeniu nuklearnym i unikali poruszania kwestii praw człowieka uznając, że to cena postępu rozmów. Ponieważ taka polityka nie dała efektów administracja Obamy zmieniła taktykę.
Wiedząc, że sytuacja gospodarcza w Korei Północnej jest rozpaczliwa, że międzynarodowe sankcje pozbawiają reżim części dochodów ze sprzedaży broni i że Kim, od którego wojskowi i góra partyjna oczekują rozdawnictwa dóbr, jest pod ścianą, Waszyngton zaczął mówić o prawach człowieka.
- Do poprawy stosunków może dojść dopiero, gdy Phenian zaprzestanie systematycznego nękania obywateli - oznajmił niedawno Robert King, specjalny wysłannik USA ds. Korei Północnej. - Relacje między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Północna muszą obejmować prawa człowieka - powiedział. O Korei Północnej King mówił, że to jedno z najgorszych miejsc pod względem stanu przestrzegania praw człowieka. - Sytuacja jest tam przerażająca - dodał.
Na podobne zarzuty
Korea Północna, która przeprowadza publiczne egzekucje i wysyła prawdziwych czy rzekomych wrogów przywódcy do obozów koncentracyjnych, reaguje, obrażając się i zaprzeczając wszystkiemu.