Po dokonanej 18 grudnia kradzieży napisu "Arbeit macht frei" z bramy muzeum obozu
policja zatrzymała pięciu Polaków - bezpośrednich sprawców. Aresztowano ich już w dwa dni po przestępstwie. Odzyskano napis, który przecięli na trzy części.
Nie udało się jeszcze określić roli Andersa Högströma. W rozmowie z "Gazetą" przedstawia się on teraz jako człowiek, który pomógł dopaść złodziei. Podał bowiem polskiej policji namiary na nich. Wiemy jednak, że dopiero wtedy, gdy policja zatrzymała już złodziei.
Högström co rusz zmienia wersje. Szwedzkiej popołudniówce "Expressen" mówił, że był tylko pośrednikiem. Tabloid "Aftonbladet" przytacza natomiast wypowiedź jego przyjaciela: "Anders chciał być tylko sławny".
Szwedzkie organa ścigania potraktowały sprawę poważnie - zajmie się nią Agnetha Hilding Qvarnstroem, zastępca prokuratora generalnego. Pomagać mają jej służby bezpieczeństwa SAPO.
Będą musieli prześwietlić środowisko szwedzkich neofaszystów, którym w latach 90. przewodził Högström.
Ten 34-letni Szwed pochodzi z Karlskrony. Jego koledzy szkolni wspominają w "Aftonbladet", że wydawał się zagubiony, bał się obcokrajowców. Fascynowały go zdjęcia z II drugiej wojny światowej. I symbol swastyki, którą w siódmej klasie przykleił do ławki.
Jako nastolatek nawiązał kontakt z neofaszystowską organizacją Biały Aryjski Sprzeciw. Potem z kolegą z Karlskrony założyli Front Narodowosocjalistyczny (NSF), który wkrótce z kilkuosobowej grupy rozrósł się do 180 członków.
W kwietniu 1996 r. NSF urządził obchody rocznicy urodzin Hitlera w protestanckim domu parafialnym w Karlskronie. Członek rady kościelnej zobaczył swastyki na torcie i podniósł alarm. O Högströmie usłyszała wtedy cała
Szwecja.
Niebawem lider NSF został oskarżony o nielegalne posiadanie broni i kradzież. W 1999 r. Anders A., jeden z jego przyjaciół z NSF, był podejrzany o zastrzelenie dwóch policjantów w miejscowości Malexander. Po tym wydarzeniu Högström starał się wyrwać z NSF. Otrzymał nawet pomoc od socjaldemokratycznego polityka Bjorna Friesa.
Zaprzyjaźnili się, zaczęli razem grać w golfa, Fries został ojcem chrzestnym syna Högströma. On zaś w lutym 2001 r. ogłosił, że wstąpił do socjaldemokratów i rozpoczął
podróże po kraju w ramach działalności organizacji Exit - utworzonej, by pomagać byłym neofaszystom w porzuceniu tego środowiska.
Dzięki mediom Exit stała się znana, a Högström został celebrytą. Wśród publiczności na jednej z takich imprez - "Artyści przeciw neofaszystom" - była księżniczka Victoria i ówczesny premier Göran Persson. Jego rząd dał milionowe sumy na walkę z neofaszyzmem.
Po kradzieży "Arbeit macht frei" tę przeszłość Högströma przypominają szwedzkie media.
"Gazecie" mówi on, że Marcina A., który zorganizował w Polsce szajkę złodziei, poznał w domu milionera Larsa-Görana Wahlströma, obecnie swego opiekuna prawnego (w Szwecji opiekunowie prawni przyznawani są m.in. osobom chorym lub upośledzonym psychicznie). Po pracy - nosili meble - pili razem wódkę. Któregoś dnia rozmowa zeszła na Auschwitz. Wtedy to Marcin A. miał zaprosić Högströma do Polski i pojechali do muzeum.
Nazwisko Wahlströma jest wymieniane w śledztwie po zabójstwie policjantów w Malexander - miał wspólną skrzynkę pocztową z Andersem A.
Dziś Wahlström w "Aftonbladet" zaprzecza, że kiedykolwiek słyszał u siebie w domu rozmowy na temat kradzieży napisu. Uważa, że jego podopieczny "chciał zdobyć sławę i pieniądze". - Anders fantazjował - mówi. I twierdzi, że pogłoski o tajnych organizacjach neonazistowskich, które miały jakoby z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży napisu sfinansować akcję terrorystyczną na budynek rządu i parlamentu, to bzdura.
Högström obawia się o dalszy przebieg śledztwa - zwłaszcza tego, jak potoczy się ono w Polsce. Jeżeli Szwecja nie wyda go polskim władzom, to - jak mówi - ma zamiar dobrowolnie do Polski przyjechać razem z adwokatem Peterem Althinem. Ma nadzieję, że jego współpraca z polską policją zostanie uwzględniona.