http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bunt niewolników w Kalabrii

Tomasz Bielecki
2010-01-11, ostatnia aktualizacja 2010-01-11 08:59

Włoski karabinier obserwuje mieszkańców Rosarno kilkanaście godzin po nocnych polowaniach na imigrantów
Włoski karabinier obserwuje mieszkańców Rosarno kilkanaście godzin po nocnych polowaniach na imigrantów
Fot. Adriana Spaone AP

Mieszkańcy włoskiego Rosarno strzelbami, pałkami i ogniem przegnali z miasta wszystkich imigrantów, bo ci zbuntowali się przeciw niewolniczej pracy na mafijnych farmach. - Dorobiliśmy się własnego Ku-Klux-Klanu - ostrzega włoski publicysta Eugenio Scalfari.

Rewolta imigrantów z Rosarno rozpoczęła się w czwartek wieczorem, kiedy dwóch Afrykanów zostało postrzelonych w bójce z Włochami, którzy najprawdopodobniej byli żołnierzami potężnej kalabryjskiej mafii 'ndrangheta.

Strzelanina stała się iskrą, która wysadziła beczkę prochu i rozpoczęła trzydniowe starcia uskarżających się na rasizm i niewolniczą pracę imigrantów z mieszkańcami 15-tys. Rosarno.

W ulicznych bitwach nie było dobrych i złych - imigranci niszczyli samochody, wybijali szyby w sklepach i zniszczyli restauracje. Natomiast Włosi z bronią, żelaznymi pałkami i koktajlami Mołotowa ścigali wszystkich obcych - choć wielu z nich nie uczestniczyło w starciach - z okrzykami: "Bij Murzyna!".

Nieliczni i zbyt słabo uzbrojeni policjanci szybko usunęli się w cień, a w piątek rano za "oczyszczanie miasta" wzięły się bojówki zorganizowane przez 'ndranghetę.

Zwyczajni włoscy ojcowie rodzin i ich dorastający synowie na sygnał mafii zamienili się we "włoski Ku-Klux-Klan" i przeczesywali piwnice, stodoły w pobliskich wsiach i okoliczne lasy w poszukiwaniu czarnych. Dopiero dodatkowe oddziały karabinierów zdołały ewakuować ich z miasta w nocy z soboty na niedzielę.

- Nie ośmielcie się tu wracać! - krzyczeli Włosi za autobusami z ponad tysiącem imigrantów. Do ostatniej chwili próbowali do nich strzelać. W starciach zostało rannych 67 osób, w tym połowa to Afrykanie.

- Powiedzcie mi, gdzie jest ten mały John, który przychodził do naszego kościoła w każdą niedzielę? Pytam was, gdzie jest Christian i maleńki Didau, którego zawsze rodzice przynosili tu na rękach? Gdzie są ci wszyscy nasi bracia o ciemniejszej skórze? Czy to wy ich przepędziliście? Czy to wy biernie patrzyliście, jak inni na nich polują? - wołał wczoraj na porannej mszy ks. Pino Varra, proboszcz z Rosarno.

Reakcje włoskich polityków nie wyszły poza podziały partyjne. Roberto Maroni, szef MSW z ksenofobicznej Ligi Północnej, złożył winę na karb "zbyt tolerancyjnej polityki wobec imigrantów" i obiecał szybką deportację nielegalnych przybyszów ewakuowanych z Rosarno. Natomiast opozycja oskarżyła go od podsycanie rasizmu i bezsilność policji wobec mafii, która rządzi ogromnymi połaciami Kalabrii.

- Włoskie państwo umiera! Nie potrafi strzec porządku, ucieka przed mafią, oddaje jej kraj we władanie - mówił wczoraj chadek Pier Fedinando Casini. Nawet prorządowe media przyznawały, że najpewniej nie byłoby buntu w Rosarno, gdyby władze przeszkodziły mafii w utrzymywaniu obozów wręcz niewolniczej pracy na południu kraju.

Afrykańscy robotnicy rolni w Rosarno, gdzie za marne pieniądze zbierali pomidory, pomarańcze bądź winogrona po 15-18 godzin dziennie, mieszkali w zrujnowanych barakach i dawnych magazynach pod miastem. Gotowali na ogniskach rozpalanych na środku magazynów, na sześćset osób przypadał jeden kran z wodą, za łóżka musiały im wystarczać sterty nadgniłych kartonów.

Wczoraj te baraki pospiesznie zburzyły buldożery wysłane przez lokalne władze, które nie chciały chyba, aby obozy pokazały światowe telewizje.

- Mafia siłą tłumiła próby walki o podwyżki i o ludzkie warunki pracy i mieszkania. Straszyła, że wyda nas policji za nielegalną pracę. Musimy zacząć bronić się sami. Pokazać, że nie jesteśmy bydłem roboczym - tłumaczył wczoraj imigrant Francis tuż po ucieczce z miasta.

Część imigranckich pracowników rolnych szykuje się do jednodniowego strajku zapowiedzianego na 1 marca. Roberto Saviano, autor głośnej książki o mafii "Gomorra", chwalił wczoraj buntowników za "męstwo w walce z 'ndranghetą, na które nie potrafią zdobyć się Włosi".

W podobnych obozach w całej Kalabrii może mieszkać do 20 tys. robotników rolnych uwięzionych w pułapce mafii, której nie są straszne ani lokalna policja, ani prokuratorzy, ani sądy. Część urzędników to bowiem członkowie 'ndranghety, część słucha jej się ze strachu lub za grube pieniądze. Polaków wyzyskiwanych kiedyś na południu Włoch ratowały naciski polskiej dyplomacji na Rzym, ale takiej siły nie ma ani Senegal, ani Ghana, ani Togo, skąd pochodzili niewolnicy w Rosarno.

W 60-mln Włoszech mieszka ok. 4 mln imigrantów (w większości legalnych), dzięki pracy których powstaje ponad 10 proc. włoskiego PKB. Włosi nie mogą i w przewidywalnej przyszłości nie będą mogli obyć się bez taniej siły roboczej, ale jednocześnie nierzadko mają opory, by uznać imigrantów za równych sobie. Wolą traktować ich jak podobywateli, których w każdym momencie można wysiedlić, a za przedłużenie prawa pobytu żądać jeszcze mniej płatnej pracy.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 33 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':