Po porannym locie z Warszawy do Poznania Jerzy Owsiak nieomal utknął w stolicy Wielkopolski. Powód? Nie miał dokumentów, a bez dokumentów nie mógł wejść do samolotu
Docieramy na lotnisko. W szalonej galopadzie do halo odpraw Jurek zdążył wyściskać wolontariuszkę WOŚP-u, która zaczerwieniła się niczym plansza z serduszkami, którą trzymała w ręku, oraz zaproponować młodej blondynce pomoc przy niesieniu bagażu - napisał nasz korespondent z Finału WOŚP
Ale przy hali odpraw wszystkim rzednie mina. Okazuje się, że cała ekipa nie może dostać kart pokładowych w komplecie, tylko każdy, Jurek Owsiak też, musi stać w kolejce do odprawy.
- Proszę jakiś dokument, żebym mogła panu wydać kartę - mówi pracownica LOT-u
- Nie mam dokumentu, Jurek jestem - odpowiada Owsiak. - Skandal, przecież omawialiśmy to przez trzy miesiące, że to będzie inaczej załatwione - denerwuje się Jacek ze sztabu.
- Na odprawie sprawdzają wszystkich dokładnie. Zdejmujemy paski i buty. Pada zakaz robienia zdjęć.
- A co to jest? - pyta celnik pokazując na pokaźnych rozmiarów głaz.
- To? Kamień z kaplicy Dobrawy. Wieziemy na licytację do Warszawy - słychać odpowiedź. - Nie, no. Tego nie przepuścimy! Po długiej naradzie jednak przepuszczają.
- O co chodzi - dziwi się Jurek przed wyjściem na płytę lotniska - to tak jakby się dziwili: co pan robi na tej scenie.
Już w autobusie Jurka dopada dwóch strażników granicznych. Proszą o wspólne zdjęcie. - Ale na pewno, panowie? Bo my tu już nieźle wystraszeni jesteśmy! - odpowiada.
Ok. 12 dolatujemy do Warszawy. Samolot, z powodu olodzenia lotniska, podchodzi dwa razy.
- Proszę państwa - żegna się stewardesa - dziękujemy za wspólny lot. Zapomniałam spytać pilota o temperaturę, ale to chyba nie ważne, bo w naszych serduchach i tak jest gorąco.