Witold Gadomski: W jakim punkcie jest światowy kryzys?
Marek Belka: MFW jest bardzo ostrożny, jeśli idzie o przewidywania. Sytuacja jest lepsza niż rok temu. Odbicie nastąpiło szybciej niż się spodziewaliśmy i jest mocniejsze. Ale prognozy analityków rynkowych - pracujących w wielkich bankach inwestycyjnych - są bardziej optymistyczne niż nasza. Bo ożywienie zawdzięczamy na razie przede wszystkim wsparciu państwa. Banki centralne dostarczają taniego pieniądza. W wielu krajach, przede wszystkim w Stanach, Chinach i Rosji, mamy też do czynienia z masowym wydawaniem pieniędzy publicznych na wsparcie gospodarki.
Po upadku banku Lehman Brothers przywódcy krajów G20 zagwarantowali, że żadna ważna instytucja finansowa już więcej nie upadnie. To sprawiło, że sytuacja na rynkach zaczęła się uspokajać. Ale pomoc państwowa nie może trwać wiecznie.
MFW niepokoi się, czy wzrost popyt wywołany wspomaganiem gospodarki przez państwo okaże się trwały. Sądzę, że stanie się to najpierw w krajach, w których gospodarstwa domowe nie są nadmiernie zadłużone, a więc m.in. w Niemczech i we Francji. Nie spodziewamy się, by rok 2010 był rokiem kryzysu, ale ożywienie będzie bardzo umiarkowane. W Polsce jednak nawet umiarkowany wzrost na świecie będzie impulsem do przyzwoitego odbicia, choć nie osiągniemy jeszcze tempa wzrostu, które jest dla nas naturalne, czyli 4,5-5 proc. rocznie.
Czemu zawdzięczamy, że Polska jest jedynym krajem w Europie, który w roku 2009 zanotował wzrost gospodarczy?
- Splotowi korzystnych okoliczności. Mamy duży rynek wewnętrzny, sektor eksportowy nie jest zdominowany przez międzynarodowe korporacje w takim stopniu jak - powiedzmy - w Czechach. Duży jest udział mniejszych i średnich przedsiębiorstw rodzimych, których produkty eksportowe okazały się mniej wrażliwe na wahania cykliczne.
Polski rynek finansowy jest najgłębszy ze wszystkich krajów regionu, co pozwala państwu zaciągać pożyczki bez konieczności uciekania się do rynku zagranicznego. Nasze instytucje nadzorcze potrafiły w pewnej mierze powściągnąć drapieżność banków. Skala niedopasowania walutowego między aktywami i pasywami banków i gospodarstw domowych była u nas o wiele mniejsza niż w innych krajach regionu, z wyjątkiem Czech. Jesteśmy też znaczącym beneficjentem funduszy unijnych, więc płynie do nas pieniądz inwestycyjny.
Polska przez te 20 lat stworzyła gospodarkę, która zdała egzamin w czasie kryzysu.
Stworzyliśmy ją świadomie czy tak nam wyszło?
- Pan, jak każdy dziennikarz, nie może znieść myśli, że polska klasa polityczna okazała się dojrzała, i że dorosła do wyzwań transformacji. Świadomie tworzyliśmy gospodarkę dobrej jakości. Fundamentalnie nie zgadzam się z tezami, że względnie łagodny przebieg kryzysu w Polsce nie jest zasługą rządu - tego ani żadnego innego. Że to przypadek, jazda na gapę. Stworzyliśmy w Polsce instytucje okalające gospodarkę rynkową w sposób przynajmniej przyzwoity. Do tego Polska jest gospodarką większą. Nasz nadzorca bankowy mógł zagranicznym właścicielom polskich banków powiedzieć, co mają robić, i oni się słuchali. Na Łotwie nadzorca mógł sobie gadać jak dziad do obrazu. Polska jest podmiotem, którego zdanie się szanuje.
Ale w Europie jest kilka większych gospodarek niż Polska. Dlaczego im nie udało się utrzymać wzrostu?
- Każdy kraj miał swoje grzechy. W Wielkiej Brytanii nadmiernie rozbuchany był sektor bankowy, który ochoczo angażował się w zatrute aktywa. Hiszpania bardzo ładnie rosła, ale motorem wzrostu był sektor budownictwa, który w końcu się wypalił. Włochów kryzys bardzo nie dotknął. Mają problemy te co zawsze, wynikające z nieodpowiedzialności fiskalnej. Można tylko zadać sobie pytanie, dlaczego kryzys odczuły Niemcy i Francja?
Gospodarka niemiecka prowadzona była niemal wzorowo, ale znajduje się ona na skrzyżowaniu dróg gospodarki światowej. W ostatnich latach świat funkcjonował w ten sposób, że Amerykanie konsumowali, a Chińczycy produkowali, zamawiając u Niemców maszyny do produkcji. Implozja handlu w II połowie 2008 r. dotknęła Niemców bardzo mocno i stąd gwałtowny spadek produkcji, eksportu i produktu narodowego. Teraz wychodzą z kryzysu nie najgorzej.
Polska znalazła się w korzystniejszej sytuacji niż Niemcy, gdyż mogła korzystać z "renty zacofania". Zawsze mieliśmy w stosunku do Węgrów i Czechów kompleks, że ich eksport jest high-tech, a nasz co najwyżej middle-tech. Ale ten "hightechowy" eksport stopił się jak śnieg w maju, podczas gdy nasz (przynajmniej w wyrażeniu złotowym) się ostał. Poza tym dynamika rozwoju polskiej gospodarki w średnim okresie jest dużo wyższa niż w Europie Zachodniej. Gospodarka niemiecka rośnie naturalnie 1,5-2 proc.
Na koniec - mieliśmy też szczęście, że nie udało nam się wejść za wcześnie do unii walutowej. W normalnych czasach przyjęcie euro byłoby jednoznacznie korzystne, ale w czasie kryzysu możliwość osłabienia waluty było buforem chroniącym gospodarkę. Dlaczego nie mamy masowego bezrobocia? Ponieważ wielu producentów, zwłaszcza eksporterów, nawet jeżeli zmniejszyło sprzedaż, to w złotówkach wyszło na swoje.
Wielu polskich ekonomistów niepokoi się wysokim zadłużeniem państwa. Nasza ustawa o finansach publicznych, a także konstytucja wyznaczają bardzo restrykcyjny poziom długu, którego przekraczać rządowi nie wolno. Czy według MFW to duży problem?
- Na tle całej Europy sytuacja Polski nie jest szczególnie zła. Wprawdzie się pogarsza, ale nieznacznie. Jako Fundusz wyraźnie rekomendowaliśmy Polsce, by w roku 2009 pozwolić na wzrost deficytu wynikający ze spowolnienia gospodarki. I to rząd zrobił. Polska uniknęła polityki procyklicznej, czyli pogłębiania recesji przez działania rządu.
Rząd jest w idealnym punkcie, by rozpocząć przygotowania do programu konsolidacji finansów publicznych. To, o co zawsze dopomina się Balcerowicz: reformy, reformy, reformy. Tak jest, ale nie na chybcika. Uchwalcie to w 2010 roku, zacznijcie wprowadzać od 2011, wprowadźcie regułę Belki (wspominam o tym, żeby moje nazwisko kojarzone było nie tylko z podatkiem od zysków kapitałowych)- narzucającą ograniczenie wzrostu wydatków w stosunku do PKB. Trzeba się zastanowić, czy indeksowanie wydatków sztywnych nie powinno być zmienione, czy nie jest nadmiernie szczodre.
Rok 2010 nie powinien być jeszcze rokiem wielkiej konsolidacji budżetu. To nawet pasuje politycznie rządowi. My w MFW takie kazania głosimy niemal każdemu rządowi europejskiemu. Oczywiście nie dotyczy to Greków, Irlandczyków czy Hiszpanów, którzy już wpadli w korkociąg i muszą konsolidacją finansów publicznych zająć się natychmiast.
Źródło: Gazeta Wyborcza