Wyrok na zabytkową siedzibę Wojskowego Kolegium Sądu Najwyższego ZSRR w Moskwie, zwanego "rastrielnym domem" ("domem rozstrzeliwań"), zapadł tuż przed świętami. Akurat w dniu 130. urodzin Józefa Stalina wydała go komisja kierowana przez wicemera stolicy Władimira Resina. Zdaniem jej członków zbudowany w XVIII w. dla hrabiego Nikołaja Szeremietiewa budynek przy ulicy Nikolskiej 23 należy pozbawić statusu zabytku, a tym samym państwowej ochrony, i zgodzić się na jego rozebranie.
Gmach był jednym z niewielu budynków, które przetrwały w Moskwie po wielkim pożarze w czasie okupowania miasta przez wojska Napoleona w 1812 r. To jednak nie wiek decyduje o wartości "rastrielnego domu", który jest przede wszystkim pamiątką po tragedii, jaką
Rosja przeszła w latach 30. ubiegłego stulecia. W gabinecie na drugim piętrze pracowała złożona z przedstawiciela komunistycznej partii, NKWD i prokuratury wojskowej "specjalna trojka" - bolszewicki trybunał, który taśmowo i bez przesłuchiwania oskarżonego czy świadków wydawał wyroki śmierci. Badacze dowiedli, że w "rastrielnym domu" trybunał skazał na rozstrzelanie co najmniej 30 tys. ludzi.
Większość takich wyroków "trojka" wydawała zaocznie. Tych, którzy przed nią stawali, rozstrzeliwano natychmiast w piwnicy siedziby Kolegium Wojskowego albo w piwnicach sąsiednich budynków. W czasie prac remontowych robotnicy do dziś znajdują w nich szkielety straconych. Niektórych skazańców oprawcy wyprowadzali na egzekucję z "rastrielnego domu" podziemnym przejściem do centrali NKWD na pobliskiej Łubiance.
Taki los spotkał choćby marszałka Michaiła Tuchaczewskiego i innych dowódców Armii Czerwonej, skazanych i niezwłocznie rozstrzelanych 11 lipca 1937 r. - w pierwszym dniu wielkiej czystki.
Dziś "rastrielnyj dom" należy do spółki Sibnieftgaz. Jej szefowie zapewniają, iż nic nie wiedzieli o tym, że był on miejscem egzekucji. Kupili go zaś tylko po to, by zburzyć i postawić na jego miejscu centrum handlowo-rozrywkowe. Do tej pory powstrzymywało ich tylko to, że budynek jako zabytek znajdował się pod ochroną państwa. Teraz mają rozwiązane ręce.
Przeciwko wyrokowi na "rastrielnyj dom" zaprotestowało badające zbrodnie bolszewickie stowarzyszenie Memoriał. Jego członkowie w specjalnym oświadczeniu wezwali mera Łużkowa, by ocalił budynek przed zniszczeniem.
- Dom przy ulicy Nikolskiej to nie jest zwyczajny zabytek. Jego ściany słyszały ostatnie słowa, krzyki i jęki tysięcy ludzi skazanych tu na rozstrzelanie przez najwyższy organ bezprawia radzieckiego - przypomina szef Memoriału Arsenij Rogiński.
Obrońcy praw człowieka domagają się, by "rastrielnyj dom" stał się muzeum poświęconym ofiarom represji bolszewickich. W Moskwie, gdzie w czasie czystek stalinowskich zginęły setki tysięcy ludzi, nie ma takiego muzeum. O niewinnie pomordowanych przez katów NKWD przypominają tu tylko symboliczne mogiły na Cmentarzu Dońskim, gdzie w krematorium palono zwłoki skazanych w "rastrielnym domu", oraz Cerkiew Nowych Męczenników na Poligonie Butowskim, gdzie w latach 30. NKWD rozstrzelało i pogrzebało w ogromnych zbiorowych mogiłach ponad 20 tys. skazańców.
Być może apele Memoriału przekonają prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, by wpłynął na zmianę decyzji mera Moskwy. 30 października, w Dniu Ofiar Represji Politycznych, Miedwiediew w swym blogu zapewniał, że pamięć o represjach jest "tak samo święta jak pamięć o zwycięstwach". Prezydent twierdził też wtedy: "Potrzebne są nam takie muzea, które będą przekazywać kolejnym pokoleniom pamięć o tym, co przeżył nasz naród. Bezwarunkowo powinniśmy szukać miejsc masowych pochówków, odtwarzać imiona zabitych, a jeśli trzeba, rehabilitować ich".
W rządzonej od 18 lat przez mera Łużkowa Moskwie z zabytkami w ogóle obchodzi się bezceremonialnie. Wiele z nich znikło, wiele oddanych bogatym firmom przeszło barbarzyńską rekonstrukcję. Polega ona na tym, że z budynku zostawia się tylko historyczną fasadę, a za nią pojawia się, czasami wyższy o kilka pięter, zupełnie nowy gmach.