http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mamy nowego Kubicę

Mikołaj Chrzan
2010-01-07, ostatnia aktualizacja 2010-01-07 18:47

Tyle że lepszego. Bo wszystko wskazuje, że w sobotę będzie mistrzem świata. To Sebastian Kawa, lekarz z Żywca

Od kilku dni przed godz. 19 w polskich aeroklubach i mieszkaniach pilotów atmosfera taka, jak przed rozpoczęciem transmisji z Formuły 1: podniecenie, wymiany uwag o sprzęcie, formie, taktyce, pogodzie, rywalach, wyczekiwanie na moment startu.

W końcu słychać: - Ruszyli!

Ale akurat w tej konkurencji sportowcy nie jeżdżą po torze. W najszybszych szybowcach świata ścigają się wzdłuż zboczy chilijskich Andów - bo właśnie tam rozgrywany jest tegoroczne Grand Prix. Transmisja jest też ciut inna: zamiast kamer na torze, szybowce mają nadajniki, pokazujące na żywo ich dokładną pozycję, prędkość, wysokość. To wszystko obserwujemy na trójwymiarowej, idealnie prezentującej góry mapie programu Google Earth - wygląda to niemal tak, jakby za szybowcami leciał helikopter z kamerą.

- Kiedyś zawody szybowcowe praktycznie nie istniały dla kibiców. Chwilę po starcie piloci znikali za horyzontem. Przebieg wyścigu mogli śledzić tylko ich uczestnicy. W końcu się to zmieniło! - mówi z radością Łukasz Szymaniak, pilot, instruktor, miłośnik szybownictwa z Aeroklubu Gdańskiego.

Na ekranie komputera widzimy 15 szybowców, przy każdym flagę i nazwisko pilota. Niektórzy z kibiców, by efekt był lepszy, podłączają do komputera duże telewizory plazmowe.

Wyścigi mogą wciągnąć nawet tego, kto o szybowcach wie tylko tyle, że nie mają silnika. Widzimy chmarę szybowców lecących na rozpiętość skrzydła od skał, peleton, indywidualne ucieczki zawodników, którzy postanawiają wybrać swoją własną drogę do kolejnego "punktu zwrotnego" w Andach. Czasem, podobnie, jak w formule, ktoś wypada z wyścigu - stracił za dużo wysokości, musi ratować się niebezpiecznym lądowaniem na poletku w dolinie.

Zresztą to nie jedyne niebezpieczeństwo dla pilotów: podczas Grand Prix w 2007 r. w Nowej Zelandii szybowiec niemieckiego zawodnika roztrzaskał się o skaliste zbocze. Pilot Herbert Weiss zginął na miejscu.

Po dwóch, trzech godzinach widzów czeka najbardziej efektowna część - finał. Zawodnicy jeszcze w górach - korzystając z powstających dzięki wiatrowi prądów zboczowych i unoszącemu się w górę, rozgrzanemu przez słońce, powietrzu - uzyskują odpowiednią wysokość. Kiedy komputery pokładowe podpowiadają im: "do mety wystarczy", rozpoczyna się szalony finisz. Piloci wysokość zamieniają na prędkość i lotem ślizgowym zmierzają ku mecie nad lotniskiem w Santiago. Szybkości są niemal takie, jak w tej "naziemnej" formule - szybowce można rozpędzić do 300 km/h.

Na towarzyszącym transmisji w internecie czacie najwięcej jest Polaków i Niemców, których rywalizacja w szybownictwie trwa od dekad. "Mario, Mario" - niczym na piłkarskim stadionie kibicują Mario Kiesslingowi niemieccy szybownicy. "Go, Seba, Go" - dopingują Sebastiana Kawę Polacy.

Na razie (po pięciu z ośmiu wyścigów) górą są Polacy. Kawa - 37-letni lekarz z Żywca, w którego rodzinie latanie jest tradycją od pokoleń - wygrał już dwukrotnie. Drugi z Polaków, Stanisław Wujczak z Leszna, jest szósty.

- Dajemy z siebie wszystko. Kiessling to prawdopodobnie największy niemiecki talent szybowcowy ostatnich lat. Niemcy są wyjątkowo dobrze przygotowani do zawodów, trenowali na miejscu w zeszłym roku, doskonale poznali tajniki tutejszych gór. Są w stanie przewidzieć, które miejsca w górach będą najlepiej "pracowały", gdzie będzie można się szybko wznosić i którą z tras da się najszybciej polecieć - mówi "Gazecie" Kawa.

Ale na razie to on jest górą. Co ważniejsze - w środę przewaga Kawy wzrosła, bo wygrał. Kiessling, jak mówią szybownicy, "dał w pole", 90 kilometrów przed metą.

Wyścigi to nie tylko rywalizacja pilotów, ale i konstruktorów. Niemcy latają na swoich "ventusach", Kawa pilotuje - zaprojektowaną i produkowaną w Bielsko-Białej Dianę 2. Na tym samym szybowcu lata Włoch Thomas Gostner - i on także jest w czołówce.

By oglądać relację trzeba wejść na stronę: www.grandprixchile.org, a potem kliknąć w "Online Tracking". Transmisja rozpoczyna się codziennie o godz. 18.30 polskiego czasu. Ostatni wyścig w sobotę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    50 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':