W środę wydawało się, że nic nie zatrzyma awantury w komisji. Poseł
PSL Leszek Deptuła, zdenerwowany bezczynnością komisji zażądał spotkania w jej sprawie z marszałkiem Sejmu Bronisławem Komorowskim. Ich rozmowa oraz zakulisowe rozmowy z przewodniczącym Czumą (PO), mające skłonić go ponoć do rezygnacji z prac w komisji spełzły na niczym. Czuma nie zrezygnował.
To oznaczało, że w czwartek komisja zacznie pracę od - jak to nazywają posłowie - "zajmowania się sama sobą" - czyli kolejnym wnioskiem o odwołanie Czumy z komisji. Do tej pory takie wnioski popierali posłowie
SLD i
PiS. Niespodziewanie jednak na sejmowa komisję śledczą spłynął wczoraj błogi spokój. Podziałał apel Deptuły (PSL) o "90 dni spokoju". Deptuła rzucił też propozycję, by komisja zakończyła prace w tym czasie. - Lepiej skończyć w 90 dni, niż ciągnąć komisję przez kolejne dwa lata - mówił nam w kuluarach Mularczyk (PiS). Na sali przypomniał jeszcze, że komisja pracuje już dłużej niż trwały rządy jego partii. Posłowie PiS oceniają, że z prac komisji wynika, że żadnych nacisków na prokuraturę i służby specjalne za czasów PiS nie było. Tymczasem Robert Węgrzyn (PO) już na połowę lutego zapowiedział konferencję prasową, na której Platforma samodzielnie ma przedstawić efekt prac komisji naciskowej.
W tej sytuacji "czarną owcą" okazał się wczoraj Krzysztof Matyjaszczyk (SLD). Nie wycofał się z wniosku o odwołanie Czumy. Czuje się obrażony przez niego pomówieniem o chorobę psychiczną (Czuma sugerował, iż wnioski posła SLD o jego odwołanie wskazują na jego "stan depresyjno-maniakalny"). Był jednak jedynym, który głosował za swoim wnioskiem, PiS się wstrzymał. Na pocieszenie Matyjaszczyk usłyszał od Czumy: - Uzyska pan satysfakcję, nie jestem człowiekiem zawistnym.