http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Powrót burmistrza Helu

Maciej Sandecki, Gdańsk
2010-01-07, ostatnia aktualizacja 2010-01-06 20:52

Oskarżony o korupcję burmistrz Helu Mirosław Wądołowski wrócił po dwóch latach do pracy. - Reakcje były w większości życzliwe - mówi.

ZOBACZ TAKŻE
Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił we wtorek postanowienie prokuratury z grudnia 2007 r. o zawieszeniu Wądołowskiego w czynnościach burmistrza. Według sądu dalsze stosowanie tego tzw. środka zapobiegawczego byłoby "nadmiernie represyjne", bo nie ma już obawy, że Wądołowski - współoskarżony z byłą posłanką PO w korupcyjnym procesie - może mataczyć. Burmistrz ma nadal zakaz opuszczania kraju, wciąż obowiązuje 100 tys. zł kaucji.

- Gdy sąd zgodził się, bym mógł pracować, miałem łzy w oczach - mówi Wądołowski, który wczoraj o godz. 7.30 przyszedł do urzędu.

- Ma poczucie, że jest niewinny, więc trudno się dziwić, że gdy sąd wydał zgodę, wrócił do pracy. To jego ryzyko, czy dobrze odczytuje nastroje społeczne wokół siebie i jaki będzie wyrok - komentuje Grażyna Kopińska, dyrektor programu "Przeciw korupcji" Fundacji im. Batorego.

Przez dwa lata, gdy miał zakaz pełnienia funkcji, Wądołowski pomagał żonie w biznesie - zaopatrywał restauracje w warzywa i środki czystości. - Jeździłem, nosiłem ciężkie worki, fizyczna praca, której się nie wstydzę - opowiada. W urzędzie zastępował go zastępca - Jarosław Pałkowski.

Wądołowski jest współoskarżonym w tzw. aferze Beaty Sawickiej. Byłej posłance PO i burmistrzowi zarzuca się, że wzięli łapówki. Wręczyli je im agenci CBA udający biznesmenów, którzy zapewniali, że chcą w Helu postawić hotel i spa.

Sawicka miała pomagać w transakcji, a burmistrz dopilnować zmian w planie zagospodarowania działki. Dowodami są nagrania rozmów z agentami-biznesmenami.

Burmistrz broni się, że nigdy nie żądał żadnych korzyści dla siebie. Zależało mu na inwestycji, bo była korzystna dla miasta. Przed sądem opowiadał o presji, jaką wywierali agenci: "Agent błagał mnie ze łzami w oczach, że jak nie dojdzie do inwestycji, to straci pracę". Twierdził, że gdy agent wręczał mu teczkę ze 150 tys. zł, był przekonany, że w środku są gadżety reklamowe.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':