http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Moje pola śmierci

Andrzej Muszyński
2010-01-10, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 13:46

Tuol Sleng, najbardziej krwawe więzienie reżimu, znajdowało się 
w szkole w Phnom Penh. Teraz jest tu Muzeum Ludobójstwa
Tuol Sleng, najbardziej krwawe więzienie reżimu, znajdowało się w szkole w Phnom Penh. Teraz jest tu Muzeum Ludobójstwa
Fot. Tomek Gola

Codziennie kłamałem. Pytali: jakie przestępstwo popełniłeś? Mówiłem: myślałem o chlebie, mamie, książce, wodzie sodowej - to były przestępstwa! I prosiłem o wybaczenie. Rozmowa z Youk Changiem, szefem centrum dokumentującego zbrodnie Czerwonych Khmerów

Youk Chang - w 2007 r. wybrany przez tygodnik
Fot. Tomek Gola
Youk Chang - w 2007 r. wybrany przez tygodnik "Time" do grona stu najbardziej...
W Tuol Sleng szkolne klasy podzielono na maleńkie cele, w których trzymano po kilku więźniów
Fot. Tomek Gola
W Tuol Sleng szkolne klasy podzielono na maleńkie cele, w których trzymano po...
Na pierwszym planie tygodnik ze zdjęciem twarzy
Fot. Tomek Gola
Na pierwszym planie tygodnik ze zdjęciem twarzy "Ducha"
Centrum Phnom Penh z Pałacem Królewskim w tle
Fot. Tomek Gola
Centrum Phnom Penh z Pałacem Królewskim w tle
SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Przeszedł pan przez "pola śmierci".

- Jak wszyscy. Cały kraj - jedna historia. Tylko że niektórzy przeżyli, inni nie.

W 1996 roku pokazywano w telewizji, jak Ieng Sary, jeden z khmerskich przywódców, modli się przed posągiem Buddy. Pomyślałem wtedy: ciekawe, co Budda o tym wszystkim myśli. Przecież ma oczy. Przypomniała mi się wtedy historia sprzed dwóch dekad. Wioska w prowincji Battambang, w której wtedy mieszkałem, nazywała się Pod Spojrzeniem Buddy - Preah Neth Preah. Pewnego dnia Khmerzy zwołali zgromadzenie. Przyprowadzili mężczyznę i kobietę z zawiązanymi oczami. Przywiązano ich do pala. To my mieliśmy być sądem. Mieliśmy krzyczeć: zabić, zabić, zabić! Ściągnięto tej dziewczynie przepaskę z oczu, ale nie pamiętam jej twarzy, jedynie włosy. Potem młody chłopak zaczął ich bić motyką po głowie. Miał ich zatłuc za obrazę moralności. Ale był za mały i za wątły, żeby jego ciosy były śmiertelne. Jestem więc pewien, że na naszych oczach zostali zakopani żywcem. Opisałem to moje wspomnienie w gazecie. Na drugi dzień po publikacji miałem z 25 telefonów od różnych ludzi: "Tak, byłem tam, pamiętam, dziękuję za artykuł". To jest głęboka rana, niezabliźniona, ciągle coś do nas powraca.

Jak pan ocalał?

- Na pewno chce pan słuchać?

Tak.

- Jestem Youk Chang i nie jestem już ofiarą. Większość z tych, co przeżyli, wciąż się boi. Ja już nie. Przed moimi oprawcami chodzę z podniesioną głową, rozmawiam z nimi. Wciąż powtarzają, że żałują tego, co się stało, ale mnie nie pamiętają. Byłem przecież jednym z tysiąca dzieciaków.

Ja też nie pamiętam ich twarzy. Bili mnie potwornie, ale nie potrafię dziś wskazać, kto konkretnie. Zamknęli mnie za kradzież grzybów dla siostry. Była w ciąży. Ale grzyby należały do rewolucji. Wiedziałem o tym, jednak ważniejsze było zdrowie siostry. Przyznałem się i prosiłem o przebaczenie. Ale i tak torturowali mnie na oczach wszystkich mieszkańców wioski. Widziałem w tłumie matkę. Nie płakała. Płacz też był przestępstwem. Byłem najbardziej samotnym chłopcem na świecie. Miałem wtedy 15 lat. Ale nie myślałem o umieraniu. Żyłem nadzieją, że kiedyś wreszcie się wyśpię i że następnego dnia będę miał co jeść. Ta nadzieja dawała mi siłę, żeby walczyć o przetrwanie.

Siostra i tak zginęła. Została oskarżona o kradzież ryżu. Nie chciała się przyznać. Rozcięto jej brzuch. Ryżu nie było.

Znalazł pan jej mordercę?

- Tak. Był stary i biedny. Wtedy już wiedziałem, że przemoc nie jest wyjściem. Żądza zemsty się we mnie wypaliła.

Wróćmy do początku. Jest 17 kwietnia 1975 roku. Czerwoni Khmerzy zdobyli Phnom Penh.

- Już wcześniej było ciężko. Miałem 14 lat. Ojciec był architektem, ale wcielono go do armii Lon Nola [generał, który przeprowadził wspierany przez CIA zamach stanu i odsunął od władzy księcia Sihanouka, pokonany przez Czerwonych Khmerów]. Przyjechali do nas krewni ze wsi, uciekali przed walkami na prowincji. W domu liczyło się każdego banana, każde ziarno. Musiałem więc sam zadbać o siebie, zdobywać pożywienie. Może to przygotowało mnie na terror Czerwonych Khmerów.

Gdy zaczęli wywozić ludzi z Phnom Penh, mojej rodziny nie było w mieście. Dzień wcześniej wszyscy uciekli szukać lepszego schronienia. Mieli po mnie wrócić. Nie zdążyli. 18 kwietnia 1975 roku ewakuowano mnie z miasta. Byłem jednym z miliona. Miasto opustoszało. Cała Kambodża wędrowała boso przed siebie, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Czerwoni Khmerzy, których spotkałem po drodze, mówili, żebym szedł do swojej rodzinnej wioski. Ale moim domem było przecież Phnom Penh, tam się urodziłem i wychowałem. Jednak kiedy byłem mały, odwiedziłem rodzinną wioskę mojej matki. Czerwoni Khmerzy pokazali mi drogę, nawet proponowali, żebym do nich dołączył. We wsi matki nie zastałem. Potem dowiedziałem się, że próbowała przedostać się do Wietnamu.

Został pan we wsi?

- Tak. Zamknąłem się w sobie, nie pamiętam nawet, co wtedy myślałem, ale bardzo mało mówiłem. Opiekowały się mną dwie młode dziewczyny, które należały do ludzi bazowych.

Ludzi bazowych?

- 1975 rok ogłoszono w Kambodży rokiem zerowym. To miała być totalna rewolucja, oczyszczenie przez terror, zerwanie wszelkich dotychczasowych więzi społecznych. I budowa nowego, utopijnego społeczeństwa.

Ludzi podzielono na kategorie. Nowi ludzie, ci z miasta, byli wrogami, celem indoktrynacji i eksterminacji. Tak jak mnie wypędzono ich z domów do pracy w komunach na wsi. Ludzie bazowi, czyli chłopstwo, byli według Khmerów zdrowszą tkanką społeczeństwa. Dlatego wszyscy powinni stać się chłopami. Albo dałeś się zreedukować, albo byłeś martwy.

Źródło: Duży Format
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    57 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':