Produkcja dokumentu o Komitecie Obrony Robotników to pana pierwsze spotkanie z Polską?
- Nie, już w czasach stanu wojennego zrealizowaliśmy z bratem pięć krótkich dokumentów o emigracji Polaków do Belgii, od czasów przedwojennych do Jaruzelskiego. A wcześniej interesowaliśmy się wielką przygodą "Solidarności" i poprzedzającego ją KOR-u. Więc byłem naprawdę zadowolony, kiedy Joanna przyszła do mnie z pytaniem, czy zgodzę się być producentem jej filmu. Dla mnie to jeden z najważniejszych ruchów politycznych po drugiej wojnie światowej.
Dlaczego?
- Kiedy w filmie Joanny słucham deklaracji Wolnych Związków Zawodowych i Karty Praw Robotniczych, jest to dla mnie ideał ruchu politycznego. W centrum człowiek jako jednostka. Etyka w centrum polityki. I ten znakomity, imponujący gest KOR-u z 1981 roku: "Teraz możemy zakończyć działalność". Nigdy nie spotkałem się z ruchem politycznym, który byłby w stanie coś takiego powiedzieć: odegraliśmy naszą rolę, teraz przychodzą inni, do nich należy działanie. To niebywałe.
Wcale mnie nie zdziwiło, że właśnie panowie - twórcy takich filmów jak "Rosetta", "Syn", "Dziecko" - wyprodukowali dokument o KORze. Widać podobieństwo postaw etycznych. Myślę, że te filmy bardzo spodobałyby się Jackowi Kuroniowi, Janowi Józefowi Lipskiemu, księdzu Ziei. Jest w nich poczucie, że jesteśmy coś winni drugiemu człowiekowi, i że to ma moc zbawczą - od drugiego człowieka przychodzi zbawienie. To brzmi bardzo po chrześcijańsku, choć w waszych filmach wszystko dzieje się między ludźmi.
- To są filmy o tym, jak możemy odzyskać człowieczeństwo. Okazuje się, że poczucie winy nie musi człowieka przygniatać, może mu pomóc się podnieść. Na tym polega nasz "pascalowski zakład" - myślimy, że człowiek może się zmienić, i że to się może stać dzięki komuś drugiemu.
Tak dzieje się z goniącą za pracą Rosettą, z chłopcem mordercą z filmu "Syn", z lekkomyślnym Brunem, który sprzedał swoje nowo narodzone dziecko w filmie pod takim tytułem.
Jeśli popatrzeć na KOR jako na ruch etyczny, to jest on oparty na zaufaniu do człowieka. Najistotniejsze w filmie jest dla mnie zdanie, które ktoś cytuje [Jana Józefa Lipskiego]: "To, co robimy wspólnie, jest lepsze od tego, czym jest każdy z nas". To najważniejsze: pokazać, że razem możemy dokonać czegoś dobrego, mimo wad, jakie ma każdy z nas.
Historia KOR-u jest ważna dla ludzi Zachodu?
- Ma pan na myśli tzw. stare demokracje? Chodzi o przywrócenie sensu demokracji, sensu polityki, który niestety zanika. Żyjemy otoczeni powszechnym cynizmem, w świecie, gdzie słowa utraciły swoje znaczenie. Już się nie "mówi", tylko "uprawia komunikację". Poruszyło mnie, kiedy w filmie o KORze Joanna Szczęsna opowiada, że w ich biuletynach słowo było ważne - musiało mieć sens, coś oznaczać, że nie wolno było podawać informacji ogólnikowych ani niesprawdzonych. Ludzie dystrybuujący gazetki ryzykowali za to wszystko pójście do więzienia. Nie kłamać! Cynizm demokracji zachodnich polega właśnie na tym, że słowa utraciły znaczenie. Nie chodzi już o to, żeby kogoś przekonać, tylko żeby się podobać.
Dla ludzi z pokolenia '68, do których pan należy, przynajmniej z powodu daty urodzenia, ruch "Solidarności" był spełnieniem jakiejś nadziei?
- Nie, to było inaczej. Kiedy przyjrzymy się Europie Zachodniej lat 70. i Polsce, zobaczymy, że to były dwa kompletnie różne, oddzielone światy. W Niemczech, we Włoszech szerzył się terroryzm. Robiliśmy kiedyś o tym film. Zabijano ludzi, żeby narzucić dyktaturę proletariatu. A o dwie godziny lotu stamtąd inni ludzie, w stylu daleko mniej radykalnym, sprzeciwiali się temu, co się nazywało dyktaturą proletariatu, dając pierwszeństwo wartościom humanitarnym. I to oni mieli rację.
Chodziło im o rzeczy fundamentalne, o wartość życia. Podczas gdy ich rówieśnicy z Zachodu popadali w szaleństwo, szczelnie zamknięci w swojej retoryce marksistowsko-leninowskiej, gotowi zabijać tych, którzy się z nimi nie zgadzają. Jak mogło do tego dojść?
Ten film pokazuje, jak ludzie organizowali się dla załatwienia prostych spraw, bez szczucia i agresji, bez złej woli. Nawet bez konspiracji. Z podaniem nazwisk, adresów. W imię prawdy, bez utopijnych marzeń. To była walka po prostu o to, żeby móc normalnie żyć, swobodnie rozmawiać, żeby się nie bać, że ktoś na nas czeka za drzwiami. Język KOR-owski przekonuje do dziś. To naprawdę było coś!
Czy nie idealizuje pan Polski lat 70.? Nie patrzy na nas z nostalgią? Bo może jest tak, że w kraju, gdzie nie było demokracji, łatwiej tworzyć nieformalne więzy solidarności, łatwiej ludzie się łączą.
- Oczywiście, pewna idealizacja jest nieunikniona, rzeczywistość jest zawsze bardziej skomplikowana. Ale kiedy postacie z filmu opowiadają swoje własne historie, myślę po prostu, że to jest piękna lekcja dziejowa dla demokracji zachodnich. I choć sytuacja polityczna nie jest taka sama, wiele rzeczy można sobie przyswoić.
Uderzyło mnie, kiedy oglądałem materiały do filmu Joanny, że osoby tak różne, o tak różnym pochodzeniu i statusie, potrafiły razem zdziałać tyle dobrego. Ruch, który się nie zinstytucjonalizował, który sam się rozwiązał, pozbawiony kombatanctwa - to naprawdę wyjątkowe.
Wasze filmy też są czymś wyjątkowym na tle współczesnego kina. Mówią o ludziach ze społecznego marginesu, ale nie wpisują się w żadną ideologię.
- Pamiętam nieporozumienia wokół "Rosetty" [Złota Palma w Cannes, 1999]. Pewni szanowani reżyserzy o marksistowskich poglądach tłumaczyli mi, że film powinien kończyć się inaczej: Rosetta, której zależy na pracy, denuncjuje chłopca, który tę pracę traci. Byłby to obraz systemu kapitalistycznego, który utwardza człowieka. W ten sposób nasza bohaterka okazałaby się czystym produktem kapitalizmu. No dobra, ale nas interesowało co innego. Chcieliśmy opowiedzieć, jak twarda dziewczyna, działająca w twardym, bezwzględnym świecie, może się zmienić, i to właśnie dzięki chłopakowi, któremu zabrała pracę. Interesowało nas, czy to możliwe, żeby taka dziewczyna mogła się otworzyć i zobaczyć, że ma przed sobą nie tylko wrogów, ale także przyjaciela. Dwie ludzkie istoty patrzą na siebie, rozpoznają się. Jak osiągnąć takie zakończenie bez popadnięcia w naiwność?
Zaczynaliście jako dokumentaliści, podobnie jak Kieślowski. Teraz jesteście producentami dokumentów realizowanych przez młodych. Co daje twórcom fabuł kontakt z dokumentem?
- Mamy własne studio, wspierane przez Wspólnotę Francuską. I mamy misję wspierania młodych reżyserów. To ciekawe patrzeć, jak pracują inni, asystować przy montażu, dyskutować o ich projektach, no i oglądać obrazy, te twarze świata, które do nas przychodzą. Dla nas, reżyserów, to jest dobra pożywka.
W dokumentach chcemy pokazać widzom, że historia, którą się opowiada, zaczęła się na długo przedtem, zanim ekipa przyjechała z kamerą, i będzie miała ciąg dalszy po jej odjeździe. Staramy się do naszych filmów fabularnych przenieść to samo, zawrzeć z widzem podobny układ, sprawić, żeby uwierzył, że historia, którą ogląda, dzieje się poza filmem, przekracza jego granice. I żeby postać, która prowadzi historię, była, jak w dokumencie, pełnokrwista, wielowymiarowa, żeby miała swoją "grubość", nie była przezroczysta, papierowa, jak to jest często w kinie dzisiejszym.
Jakie to dokumenty?
- Za dwa dni w Brukseli będzie miał pierwszy pokaz film kręcony w Argentynie przez dwie siostry - historia człowieka, który w czasie dyktatury był w opozycji. Uwięziony, załamał się na torturach i został zatrudniony przez tajne służby. Poprzednio pracował jako fotograf, teraz zaczął pomagać w produkcji fałszywek. Ryzykując życie, przechowywał zdjęcia. Po upadku dyktatury stały się one dowodem oskarżenia przeciwko agentom reżimu. Inny film, właśnie zakończony, to historia dziewczyny, Indonezyjki, która przyjechała do Brukseli pracować jako sprzątaczka arabskiego księcia. Reżyser jedzie do Indonezji zbadać system rekrutacji takich służących. Kręcimy w Belgii film o ludziach, którzy komunikują się z więźniami drogą nieformalną, nie w rozmównicach, tylko przez siatkę. Mężowie, matki, bracia, kochanki uwięzionych rozmawiają z nimi, używając specjalnego języka migowego.
Przyjechał pan do Warszawy tylko na dwa dni. Jednego dnia pokazuje pan "KOR". A drugiego?
- Poszukam śladów "Dekalogu" Kieślowskiego. Mam adresy osiedli.
Kiedy pan zaczął oglądać jego filmy?
- Zaczęło się od "Przypadku" i "Bez końca". Potem "Dekalog" - kompletne zauroczenie; kino tak różne od wszystkiego, co wówczas powstawało. Kieślowski miał pewną ważną cechę. Jego filmy nie zawstydzają, nie onieśmielają. Bo są wybitne dzieła, które nas przerastają, że ma się ochotę krzyknąć: wow! A z Kieślowskim inaczej. I dziś sobie z bratem mówimy, że to między innymi dzięki Kieślowskiemu poczuliśmy, że sami możemy robić kino fikcji.
Źródło: Duży Format