http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Czysty KOR

Tadeusz Sobolewski
2010-01-08, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 13:45

Joanna Grudzińska
Joanna Grudzińska
Fot. Adam Kozak

Ja nie bardzo wierzę w siebie i potrzebuję kogoś, kto wierzy we mnie. Jean-Pierre Dardenne uwierzył. Rozmowa z reżyserką Joanną Grudzińską

Joanna Grudzińska i Jean-Pierre Dardenne na premierze filmu
Fot. Adam Kozak
Joanna Grudzińska i Jean-Pierre Dardenne na premierze filmu "KOR". Warszawa, 1...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



W "Boisku bezdomnych" Kasi Adamik zagrałaś dziewczynę z kamerą, globtroterkę, która jedzie z Paryża do Moskwy przez Warszawę "robić dokumentację". Co z ciebie było w "Boisku"?

- Chyba niewiele. To postać wymyślona, choć w pewnym sensie ja też nie mam domu, bo urodziłam się w Warszawie, mieszkam w Paryżu, a studiowałam w szkole filmowej w Brukseli. Tak już jest, że w Europie ludzie wędrują, więc nie czuję się specjalnie bezdomna. Zwłaszcza po filmie o KORze. Zrobiłam go, żeby zbudować sobie dom - polityczny, duchowy. Chciałam eksplorować ten temat, ponieważ... Tak się mówi po polsku: eksplorować? Mój polski jest trochę osobisty, ale ogólnie wszyscy mnie rozumieją.

To dlaczego "KOR"?

- Po pierwsze, żeby zrozumieć, co robili moi rodzice. Urodziłam się w 1977 roku. Kiedy powstał Komitet Obrony Robotników, mama była w ciąży, miałam się urodzić.

W filmie Joanna Szczęsna pokazuje bloki na Ursynowie. Dookoła, w innych blokach, były redakcje "Tygodnika Mazowsze", "Biuletynu KOR" albo "spotkaniówki", albo "skrzynki". I twoja mama powiedziała, żeby KOR-owcy spotykali się u was w domu, bo jak mają twojego ojca, Mieczysława Grudzińskiego, aresztować, to przynajmniej, żeby to było na jej oczach. "KOR" jest zupełnie inny niż dokumenty o historii PRL, jakie u nas się robi: gadające głowy przeplatane materiałami archiwalnymi. W twoim filmie jest dużo ciszy. Jakbyś pokazywała pustkę po czymś czy wolne miejsce na coś. Tajemnicę.

- Mówi się, że film dokumentalny to coś obiektywnego, a ja myślę, że dokument jest zawsze subiektywny, uchwycony z jakiegoś punktu widzenia. Kiedy się robi film, trzeba najpierw zapytać siebie: kim jestem? Dla tego pytania warto robić filmy. Nigdy nie żyłam w tym kraju, wyjąwszy trzy pierwsze lata. Nie czuję się Polką. To tworzy ciekawą sytuację: nie mieszka się w kraju, gdzie kręci się film, a równocześnie ten kraj jest dla nas niesłychanie ważny.

Nie masz w głowie naszych narodowych awantur, legend, kompleksów, przekłamań.

- W Polsce rozumiem tylko to, co chcę zrozumieć, i to jest bardzo wygodne. Mówisz o jakiejś tajemnicy w filmie o KORze - to się może brać właśnie stąd, że mnie tu nie było. O

KORze dowiadywałam się wyłącznie z domu. To moja wiedza rodzinna.

Ale rodzina, jak naród, też stwarza swoje legendy.

- Rodzina to także coś neurotycznego. W rodzinie wszystko jest emocjonalne, skomplikowane: mój ojciec, moja matka, więzienie i to, że wyjechali. Nie razem.

Chciałaś przeskoczyć historię rodzinną? Dojść do niej sama? Bez nich?

- Z nimi nareszcie, a zarazem bez nich.

Zobaczyć, jacy byli przed twoim urodzeniem?

- Czasami trzeba bardzo się zbliżyć, żeby nareszcie się oddalić. Chyba do tego doszłam. Miałam też oczywiście powód polityczny. Brakuje dzisiaj filmów o historii politycznej Europy i świata. A to miał być film nie dla Polaków, w każdym razie nie tylko dla nich. Kiedy montowaliśmy "KOR" w Paryżu, przekonałam się, jakie to jest mocne. Nie dlatego, że młodych Francuzów zainteresowała nagle historia lat 70., korzenie "Solidarności". Polityka odstrasza dziś młodych ludzi, tak samo we Francji, jak w Polsce. Myślę, że moich francuskich przyjaciół "wzięła" forma tego filmu. A przede wszystkim zafascynowało ich to, że była taka grupa ludzi, która coś zdziałała, a potem oddała to innym. Powstał większy ruch, podczas gdy tamten, mniejszy, rozwiązał się i został...

...zepchnięty w niepamięć.

- A ja ich znałam od dzieciństwa i wiedziałam, że sprawdzą się w filmie: Joanna Szczęsna, Jan Lityński, Henryk Wujec. Moi rodzice to ich przyjaciele, czasy moich narodzin - to ich młodość. Chcieli mi przed kamerą coś przekazać i zrobili to bardzo pięknie moim zdaniem. Robiłam ten film z nimi, ale nie na zasadzie wywiadów, tylko sytuacji, w których mogli mi opowiedzieć o tym, co wtedy robili, w sposób żywy, konkretny. Chciałam osiągnąć rodzaj suspense'u. Film to konkret: ważna w nim jest nie tyle idea, co jakaś dziura w siatce koło torów w Ursusie, przez którą przechodzi uczestnik strajku z 1976, albo starsza pani na kanapie, która chce nam coś ważnego przekazać.

Utkwiła mi scena z Radomia. Mieszkanie robotnika, klatka z kanarkiem, przez firankę widać kominy. Lityński rozmawia z gospodarzem o kolportażu "Robotnika" w Radoskórze, w Zamechu. Tak sobie gadają - i naraz ty spoza kadru pytasz robotnika, jak tamta działalność zmieniła jego życie. Mówi, że uświadomił sobie, co to jest wolność. Ale kiedy wymawia to słowo, dziś zużyte, zbanalizowane, nagle coś go zatyka. Jakby krótki, stłumiony szloch. Powtarza: "Za chwilę, za chwilę", szuka papierosa i mówi dalej, już spokojnie, o tym, że przestał się bać, że uodpornił się na ustrój. A kamera powoli zjeżdża z jego twarzy, przenosi się na klatkę z kanarkiem, na firankę i kominy fabryczne za oknem. To wspaniałe ujęcie jest jakby pytaniem o wolność - w tamtych czasach i teraz.

- Chciałam pracować z operatorem, który nie zna słowa po polsku. Beno^t Dervaux, wybitny szwenkier, pracuje stale z braćmi Dardenne, on robił "Dziecko"...

Źródło: Duży Format
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':