Najsłynniejszym w świecie polskim ochroniarzem jest Marek Sieroszewski z Białej Podlaskiej. Pracuje w Warszawie, ale nie ma tam
mieszkania, bo go nie potrzebuje. Ochrania trzy miejsca jednocześnie - dwa apartamentowce i jedną budowę. W każdym z punktów ma 12-godzinną zmianę. Gdy kończy się jedna, na Mokotowie, wsiada w autobus i jedzie zaczynać drugą - na Ursynowie. Potem zmiana numer trzy - Targówek - i natychmiastowy powrót do pierwszego miejsca pracy. Tak w kółko, przez dwa albo trzy tygodnie.
- Nazywam to maratonem. A wyjazd do domu - przepustką.
- Gdzie pan sypia w trakcie maratonu?
- Na danym obiekcie. Jest nas kilku na zmianie i tak sobie obiekt układamy, żeby jeden mógł się zdrzemnąć bez obniżenia standardu ochrony. Siada się na krześle w pomieszczeniu gospodarczym i już.
- A mycie?
- Musi wystarczyć umywalka. Sprzęt kosmetyczny wożę ze sobą.
- Jedzenie?
- Zupki z proszku, kanapki robimy sobie sami. Spożywamy w nocy.
- Koledzy też robią maratony?
- Bardzo wielu.
"Maratończyk" zarabia ok. 4,5 tys. brutto. Przeciętny polski ochroniarz żyjący z jednej pensji - nie więcej niż 1200 zł. Zwykle jest to najniższy etat plus zlecenie. Wielu - także tych ochraniających urzędy państwowe - pracuje na czarno. Płacą im firmy, które wygrały przetargi na ochronę ministerstw, urzędów marszałkowskich, szpitali. Wygrały, oferując najniższe stawki. Teraz muszą się w nich zmieścić. Najniższa płaca w polskiej ochronie to dziś 550 zł na rękę.
Ochroniarze protestują.
W ubiegłym roku pikietowali pod kancelarią premiera, w tym - stanęli pod sklepami sieci Ikea. Ale nie w Polsce, tylko w Australii i USA. Protest kolegów po drugiej stronie globu miał skłonić polską odnogę Ikei do lepszego opłacania rodzimej ochrony. Protestować w Polsce nie ma sensu - żaden z pilnujących naszych Ikei ochroniarzy nie jest pracownikiem koncernu. Mają własnego pracodawcę: Solid Security. Ten, żeby nie było wątpliwości, jeszcze przed amerykańsko-australijskim protestem polecił wszystkim podpisać oświadczenia dystansujące się od akcji: jesteśmy bardzo zadowoleni z pracy, niczego nam nie brakuje, nie rozumiemy sensu pikietowania.
Maratończyk jest zmęczony Pikietę sklepów Nowego Jorku, Los Angeles, Chicago, Sydney i Adelajdy zorganizowała UNI Global Union - federacja związków zrzeszająca 20 milionów pracowników ze 140 krajów. W czasie protestu klienci Ikei odbierali z rąk działaczy UNI kolorowe broszury ilustrujące wyzysk ochroniarzy. To stąd wzięła się światowa sława Marka Sieroszewskiego - UNI zaliczyła go do trójki najobrzydliwiej wykorzystywanych pracowników na świecie.
Pierwsza z trojga: Rakchanok z Tajlandii. Piękna młoda dziewczyna zatrudniona w Sydney jako sprzątaczka. Pracodawca płaci grosze, a do tego co jakiś czas organizuje jej - i innym Azjatkom - miesięczne "szkolenie" podczas którego dziewczęta czyszczą i sprzątają tak samo jak zwykle - tyle że za darmo.
Kolejna ofiara pracodawców - Ranjeet Kumar - to 40-letni Hindus z wielkimi wąsami i karabinem na ramieniu. Przez 12 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, ochrania hotele i apartamentowce. Szefowie nie pozwalają mu w tym czasie na najmniejszą przerwę - nie ma jak wypić herbaty, zjeść czegokolwiek ani skorzystać z toalety.
Trzeci jest Marek. Jak głosi podpis pod jego zdjęciem, Polak robi coraz większe maratony, by utrzymać żonę i dwoje dzieci. Najdłuższy "dzień pracy" miał tysiąc godzin.
- Jak pan to wytrzymuje?
- Staram się myśleć o rodzinie, o tym, jak ją obarczyć miłością, kiedy wreszcie pojadę do domu. Wysyłam i odbieram SMS-y od żony. Dużo się też męczę. Osoba niedospana - za tym idzie niska funkcjonalność fizyczna. Odcięcie od świata - jak uwięzienie. Na obiekcie, gdzie teraz chronię, obserwuję tylko drzwi, przy których stoję, mur i kawałek terenu z trawą. Słońce do mnie nie dociera. Nie ma
radia, telewizji, nie ma możliwości zapoznania się z gazetami. Życie kraju przemija, a na nieruchomości nie dzieje się nic.