Pierwsza klatka, drugie piętro, mieszkanie nr 5. Nieco ponad 70 m kw. Regały uginają się od książek. Księgozbiór upchnięto nawet w gdańskiej szafie - ozdobie salonu. Zdjęcia przodków w ramkach.
Właścicielka - Maria Rusin. Mieszka z córką Joanną. Trzeci domownik - suczka Greta. Spacery Grety wyznaczają rytm dnia, który kończy się o godz. 18.30 ostatnim wyjściem na siusiu. Głośne szczekanie odstrasza drobnych pijaczków, którzy upatrzyli sobie południowe skrzydło gmachu marszałka na libacje. Bo mieszkanie pań Rusin jest częścią nowej siedziby Urzędu Marszałkowskiego w Rzeszowie. Tak się złożyło.
Bonsai i białe skóry Gabinet marszałka Zygmunta Cholewińskiego to właściwie apartament. Główny gabinet z czarnymi akcentami (abażur lampy, żyrandole) i pyszniącymi się drzewkami bonsai, sala zarządu, pokój do relaksu z białymi skórzanymi kanapami i łazienka. Meble dobrane przez projektantów trochę się marszałkowi nie spodobały, przypominały mu kuchenne, ale się przyzwyczaił.
- On się tam chyba czuje jak z chłopa król - głośno się śmieje Joanna Rusin. Polonistka z habilitacją. Pracuje na Uniwersytecie Rzeszowskim, była dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej. Napisała książkę o Traugutcie.
Cholewiński studiował zarządzanie na prywatnej uczelni. Przez 14 lat był wójtem małej gminy Pysznica. W 2006 r. wiry lokalnej polityki wyniosły go do Rzeszowa. Dziś jest jedynym marszałkiem w kraju z legitymacją PiS.
Z widokiem na klasztor i Czyn Rewolucyjny Gmach urzędu był kiedyś internatem. Najpierw budowlanki, potem zespołu szkół. W południowym skrzydle mieszkali nauczyciele. Z czasem wykupili
mieszkania na własność - było ich 12. Byli zadowoleni: centrum miasta, z okien widać klasztor bernardynów, urząd wojewódzki, największe w mieście rondo i słynny pomnik Czynu Rewolucyjnego.
- Budynek piękny, dwuskrzydłowy, z jadalnią, świetlicą. Wokół setki drzew, klomby. Niczym park - wspomina pani Maria.
Zmiany nadeszły w 2004 r. Marszałek, któremu przybywało zadań, pracowników i pieniędzy, rozglądał się za nową siedzibą. I trafiła się okazja. Prezydent zhandlował internat za 7 mln zł. Razem z ludźmi w południowym skrzydle. Panie Rusin mówią: Za bezcen.
Atmosfery wiecowej mi tu nie róbcie - Marszałkiem był wtedy niejaki Deptuła. Pan doktor weterynarii - podkreślają panie Rusin.
Leszek Deptuła, działacz
PSL, dziś jest posłem. To ten pan z bródką, który siedzi obok Andrzeja Czumy w komisji śledczej ds. nacisków.
- To była bardzo dobra decyzja. Lokalizacja: marzenie - wspomina.
- To od razu dobrze nie rokowało - kręci głową Joanna Rusin. Urzędnicy marszałkowscy mówią o niej: "Mózg tego całego ruchu oporu".
Bo panie Rusin dotąd nie sprzedały marszałkowi swojego gniazda. Oprócz nich mieszkanie trzyma jeszcze jedna rodzina, ale nie wychyla się. Wszyscy inni mieszkania posprzedawali.
W pierwszej połowie 2004 r. urzędnicy spotkali się z lokatorami.
- Był tam wicemarszałek Burek. To jakiś wykładowca jest, nawet habilitowany, z politechniki. A na tym zebraniu podskakiwał i krzyczał. Nie dawał się nam odzywać, mówił: "Proszę nie robić atmosfery wiecowej" - wspomina Joanna Rusin.
- O Matko Boska! Ja krzyczałem? Nic podobnego - przysięga Jan Burek, wtedy i dziś wicemarszałek. Niski, szczupły. Zawsze uprzejmy dla dziennikarzy. - Te panie błąd zrobiły, powinny były to sprzedać, dobre pieniądze dawaliśmy. Kupiłyby sobie szeregówkę.