http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Potrójny agent zabił oficerów CIA

Wojciech Jagielski
2010-01-06, ostatnia aktualizacja 2010-01-05 18:26

Uszkodzony pojazd wojskowy opodal Camp Salerno po samobójczym ataku w Chost, 2009 r.
Uszkodzony pojazd wojskowy opodal Camp Salerno po samobójczym ataku w Chost, 2009 r.
Fot. Nashanuddin Khan AP

Były członek Al-Kaidy z Jordanii miał doprowadzić Amerykanów do zastępcy Osamy ben Ladena. Zamiast tego zwabił w pułapkę agentów CIA w Afganistanie i wysadził się w powietrze

Numer 2 w Al- Kaidzie Ajman az-Zawahiri w nagraniu opublikowanym w Internecie
Fot. AP
Numer 2 w Al- Kaidzie Ajman az-Zawahiri w nagraniu opublikowanym w Internecie
W zamachu dokonanym 30 grudnia wieczorem w bazie CIA w Choście na wschodzie Afganistanu zginęło siedmiu oficerów i najemnych żołnierzy ze współpracującej z agencją firmy ochroniarskiej Xe (b. Blackwater). Sześciu innych zostało ciężko rannych. Zginął też oficer jordańskiego wywiadu.

Zamach był dla CIA najkrwawszym atakiem od czasu zniszczenia ambasady USA w Bejrucie w 1983 r., gdy wśród ponad 300 zabitych było ośmiu oficerów agencji. Z bazy w Choście najbardziej doświadczeni oficerowie CIA nakierowywali bezzałogowe samoloty szpiegowskie na kryjówki talibów na afgańsko-pakistańskim pograniczu, a także zbierali informacje o ukrywających się przywódcach Al-Kaidy.

Początkowo sądzono, że zamachowcem był oficer afgańskiego wojska, który przeszedł na stronę talibów. Amerykanie go znali, przedostał się więc na teren bazy bez przeszukania. Wszedł do sali gimnastycznej, w której czekali na niego Amerykanie, i odpalił bombę ukrytą pod mundurem.

Okazuje się jednak, że zamachu dokonał potrójny agent z Jordanii ściągnięty na afgańsko-pakistańskie pogranicze z Ammanu. Miał dotrzeć do Ajmana Al-Zawahiriego uważanego za zastępcę szefa Al-Kaidy Osamy ben Ladena.

Humam Chalil Muhammed Abu Mulal Al-Balawi miał 36 lat i pochodził z wioski Zarka, tej samej, w której przyszedł na świat Abu Musab Al-Zarkawi, szef irackiej filii Al-Kaidy, którego w 2006 r. zabili Amerykanie. Po amerykańskiej inwazji na Irak w 2003 r. Balawi też stał się wyznawcą dżihadu. Nie sięgnął jednak od razu po broń, lecz pod pseudonimem "Abu Dudżana Al-Chorasani" agitował w internecie na rzecz świętej wojny.

W grudniu 2007 r. został aresztowany. Jordańska tajna policja szybko skłoniła Balawiego, by podjął z nią sekretną współpracę i w zamian za wolność zaczął donosić na zwolenników dżihadu. Jordania od dawna pomagała CIA w irackiej wojnie: to jej agenci wystawili Amerykanom Zarkawiego, utrzymywali tajne więzienia CIA i przyjmowali na przesłuchania jeńców podejrzanych o terroryzm.

Wczesną jesienią, na życzenie CIA, Jordańczycy polecili Balawiemu, by pojechał na afgańsko-pakistańskie pogranicze, gdzie udając ochotnika na świętą wojnę, miał odnaleźć Zawahiriego i zdradzić jego kryjówkę Amerykanom. Bruce Riedel, były oficer CIA, który dziś doradza prezydentowi Barackowi Obamie, twierdzi, że według jego informacji Balawi dotarł do Zawahiriego, ale zamiast go wystawić Amerykanom, właśnie na jego rozkaz postanowił zadać im cios.

Przedstawiciele Al-Kaidy twierdzą, że Jordańczyk nigdy nie przestał im służyć. "Przez całe miesiące wędrował między Afganistanem i Pakistanem, przekazując Amerykanom podsuwane mu przez talibów informacje" - ogłosiła we wtorek jedna z internetowych witryn związanych z dżihadystami. "Z czasem zyskał sobie zaufanie Amerykanów i w ten sposób wodził ich za nos przez prawie rok".

Na początku grudnia Balawi poinformował swego jordańskiego oficera prowadzącego, że ma mu do przekazania wyjątkowo ważne wieści. Oficer spokrewniony z samym królem Abdallahem II pojechał do Afganistanu, by zorganizować spotkanie swego agenta z Amerykanami. Spodziewając się wyjątkowo ważnych wieści, CIA posłała na spotkanie do Chostu dodatkowego oficera z Kabulu.

Oficerowie CIA i jordański kapitan spotkali się z Balawim poza bazą, do której przywieźli go samochodem. Wartownikom, chcącym przeszukać przybysza, oficer CIA rzucił: "Nie ma potrzeby. To nasz człowiek". W sali gimnastycznej Balawi podszedł do stołu, wyciągnął kartkę papieru i zaczął na niej rysować plan zasadzki na Zawahiriego. "Podejdźcie bliżej, żebyście wszyscy widzieli" - powiedział. A kiedy się zbliżyli - odpalił bombę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 62 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    54 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':