http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nowy Rok bez Nowego Jorku

Jacek Kowalski
2010-01-05, ostatnia aktualizacja 2010-01-05 08:06

Ryszard Pawłowski w sylwestra od rana pił pod spółdzielnią. Wcale nie na okoliczność zniknięcia Nowego Jorku z mapy Polski - na okoliczność życia po prostu.

ZOBACZ TAKŻE
Pomysł Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji był nawet szczytny: wymazać z mapy Polski te nazwy, które są nieużywane albo zwyczajowe. Jak Wybudowanie Wętfiańskie, W Polu czy Kazanie.

W sumie w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia zniknęło lub zmieniło nazwę 365 miejscowości. W tym Nowy Jork. Gmina Włocławek, powiat Włocławek.

Jak się okazało, że znika - zdezorientowane media uderzyły w rzewne tony. Na zabitą dechami wieś przyjechał Polsat i TVN 24. - Ganiali z kamerami po polu, na wietrze, na mrozie, aż im się dupki trzęsły - śmieje się Antoni Rybka.

"Fakt" ubolewał potężnym głosem, że "nie ma już miejsca na tę malowniczą wioskę". Cytował też anonimowych rolników, którzy mieli wołać: "Nie zabierajcie nam Nowego Jorku!". I dał zdjęcie: para zmarzniętych maluchów i Wiesława Fornalewicz trzymają kartkę z napisem: "My chcemy mieszkać w NOWYM JORKU".

A wszystko to lipa.

Bo Nowy Jork zniknął z mapy, na której nigdy go nie było.

Wymyślił go miejscowy proboszcz. Umarł, a Nowy Jork zniknął, pamiętali tylko niektórzy. Rybka: - Kto mówił, że mieszka w Nowym Jorku, to będzie dalej tak mówił. Minister tego odgórnie nie zmieni. Ale powiem panu, że tych nowojorczyków to już coraz mniej; młodzi już nie wiedzą, co to Nowy Jork.

A więc od śmierci księdza Bruzdy tak naprawdę zaczął się koniec Nowego Jorku, który MSWiA tylko zatwierdziło. - Po kolei, panie, po kolei - napomina mnie Stefan Rowiński, sołtys Łagiewnik, na obrzeżu których leżał Nowy Jork.

Akt stworzenia księdza Bruzdy

Wyjeżdżacie z Włocławka. Kierujecie się na Kowal. Wjeżdżacie do Łagiewnik. I zaczynają się problemy. GPS nie pokaże wam Nowego Jorku - chyba że ten za oceanem. Bo GPS nie jest skalibrowany ani na ludzką pamięć, ani na księżowskie ułatwianie sobie życia.

Sołtys Rowiński: - Należymy do parafii Kruszyn. W latach 50. proboszczem był u nas ksiądz Marian Bruzda. Widzi pan, jakie te Łagiewniki są rozstrzelone: tu chałupa, dwa hektary pola, druga chałupa, hektar lasu i trzy chałupy. Numery domów? Poza listonoszem i tymi, co mieszkają pod numerem, mało kto pamięta, gdzie który jest. No to ksiądz Bruzda, żeby ułatwić sobie orientację w terenie, mówił, że najpierw kolędować będzie w Śródmieściu, potem Szmacionie, a na koniec w Nowym Jorku. I wszyscy wiedzieli, że Śródmieście to centrum Łagiewnik, Szmaciona to boki, a Nowy Jork to tych parę chałup za lasem. Zupełne peryferie.

Dlaczego Nowy Jork? Tłumaczenia są co najmniej trzy. Bo daleko, trzeba jechać za las, jakbyś żeglował za ocean. Bo ziemie były tam takie dobre, że ludziom lepiej się powodziło niż w centrum wsi. Bo po reformie rolnej do tej części wsi zjeżdżali się nowi, nieznajomi ludzie z Polski - jak do Nowego Jorku przed dekadami.

A tak naprawdę to nikt już nie wie dzisiaj, co księdzu Bruździe chodziło po głowie. Grunt, że się przyjęło.

Zwyczajowo. A potem pojawiło na papierze - w ogólnopolskim spisie miejscowości. Jakim sposobem? Bo spisywano nazwy i oficjalne, i zwyczajowe. I nikt nie przejmował się faktem, że Nowego Jorku tak naprawdę nie ma.

Rybka się nie zmieni, bo i po co

Nowojorczyk Antoni Rybka przesadnie nie przejmuje się ani tym, w jaki sposób mówi o sąsiadach czy władzy, ani co sobie w związku z tym pomyślą o nim przybysze zza lasu. A już na pewno nie zaprząta sobie głowy zmianą nazwy, której nigdy nie było.

Postawny 52-latek, na pierwszy rzut oka podobny trochę do Andrzeja Grabowskiego. Wełniana czapka zawadiacko nasunięta na bok głowy. - Ch... tam z tymi zmianami - mówi, śmiejąc się. - Kogo to tak naprawdę, panie, obchodzi?

Cały czas, śmiejąc się z głupich dziennikarzy, co nie wiedzą, o co chodzi z Nowym Jorkiem, oprowadza po swoim gospodarstwie. Nieduże, ale zadbane. Cztery hektary, wymagający odmalowania, ale otynkowany dom, wysoki gołębnik z drewnianymi drzwiami, murowana stodoła, w której stoi stary volkswagen, a czarna suka karmi szczenięta na zielonkawej kanapie. - Jakoś mi się tak normalnie tu życie układa - mówi po prostu.

W ostatni dzień istnienia Nowego Jorku - choćby istnienia w spisach administracyjnych - Rybka wstał jak zwykle o szóstej rano. Naparzył sobie herbaty Saga do termosu - trzy łyżeczki na termos, dużo cukru. I poszedł w las, bo akurat była robota przy drzewie. Naciął, natargał się gałęzi i pniaków - a o czwartej już był w domu. Poszedł do gołębi, bo ma ich ponad 60 i trza z nimi pobyć. Jak z dziećmi. Potem obejrzał wiadomości, wypił ćwiartkę i o dziewiątej wieczorem poszedł spać.

Obudził się już w Łagiewnikach. - No i co? I ch... Się nie zmieniło nic - mówi. - Jak listowy mnie szuka, to na kopercie ma Łagiewniki. Jak sąsiad dzwoni po karetkę, też mówi "Łagiewniki 51". A jak sołtys chce, żeby mu drzewo zawieźć, to mówi: "Wy tam na Nowym Jorku...". Tak było i będzie. I żadna decyzja wojewody czy ministra nie zmieni tego. Żadne wykreślenie. Ja też się nie zmienię bez jedną noc. I po co?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':