Przedsylwestrowa deklaracja Donalda Tuska o tym, że jeszcze zimą "wyrazi wolę", czy wystartuje, czy nie, była zaskoczeniem. Do tej pory on sam i politycy partii twardo powtarzali, że stanie się to w maju podczas konwencji PO. Dodatkowo premier zapowiedź wygłosił z nonszalancją, zwracając się do dziennikarzy: "No, możemy się umówić, że... ".
Wybory prezydenckie jesienią 2010 r. będą poważną batalią polityczną. Kampania jest ściśle zaprogramowana, skorelowana w czasie i przestrzeni. Rodzi się więc pytanie: skoro premier ogłosi decyzję "jeszcze w zimie", to kto będzie przedstawiony w maju na kongresie partii jako kandydat na prezydenta? Jeśli premier chce zmienić rytm kampanii i przyspieszyć ogłoszenie decyzji, to może po to, by PO mogła wykreować nowego kandydata albo przynajmniej dać na kilka miesięcy zajęcie mediom, by spekulowały, kto nim będzie.
Do niedawna Tusk wydawał się kandydatem murowanym. Sam umocnił to przekonanie, gdy rozpętała się afera hazardowa. Premier sugerował, że
PiS i Lech Kaczyński, "odpalając" stenogramy z podsłuchów Zbigniewa Chlebowskiego i Mirosława Drzewieckiego oraz uderzając w niego, rozpoczęli kampanię prezydencką. Decyzja o usunięciu z otoczenia polityków, którzy w jakimkolwiek stopniu mogliby burzyć jego wizerunek, mogła wskazywać, że premier w tej kampanii już uczestniczy i podporządkował jej działania.
Są jednak przesłanki, które nakazywałyby inaczej spojrzeć na jego strategię. Donald Tusk kilkakrotnie wykazywał inteligencję i wyjątkowy instynkt polityczny. Ot choćby w 2007 r., gdy po rozpadzie koalicji PiS-
Samoobrona-
LPR, zamiast próbować sklecić koalicję wszystkich sejmowych partii przeciwko PiS (co doradzało mu wielu publicystów i polityków), śmiało poszedł na rozwiązanie Sejmu i wybory.
Premier powiedział w środę, że jako szef rządu "ma jeszcze kawał roboty do wykonania". Przeszło dwuletnie sprawowanie władzy premiera przekonało go (co sam podkreśla), że to w jego kancelarii rezyduje realna władza w Polsce, a nie w Pałacu Prezydenckim.
Prezydent bez wsparcia silnej frakcji w parlamencie jest w stanie wiele rzeczy zablokować lub zepsuć, ale trudno mu odgrywać jakąkolwiek twórczą rolę. Może co najwyżej trwać w zwarciu z rządem.
W listopadzie podczas podsumowania dwulecia rządów premier niespodziewanie zgłosił propozycję reformy konstytucji. Jej celem było zdecydowane osłabienie władzy prezydenta na korzyść ustroju kanclerskiego. Część obserwatorów potraktowała tę propozycję jako zasłonę dymną. To chyba błąd. A jeśli taka propozycja została zgłoszona, to nie po to, aby w fotelu premiera kanclerza zasiadł ktokolwiek inny niźli sam Tusk.
W tym kontekście wydaje się naturalne, że obecnie premier bardziej skłania się ku temu, by to nie on wystartował w wyborach.
Wbrew pozorom stosunkowo łatwo wyobrazić sobie innego polityka PO lub związanego z PO, który mógłby zostać kandydatem partii: marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, Senatu -
Bogdan Borusewicz, b. premier Jan Krzysztof Bielecki, czy - mniej prawdopodobni - przewodniczący europarlamentu Jerzy Buzek czy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz.
Gdy rozważy się zalety takiego rozwiązania, trudno nie zauważyć że:
- Nie osłabia potencjału kandydata PO, bo główną jego zaletą jest to, że jego kontrkandydatem będzie Lech Kaczyński uosabiający IV RP i ideologię PiS.
- Kandydatura Tuska byłaby obciążona wszelakimi zaletami i wadami premiera sprawującego rządy w niekorzystnym otoczeniu zewnętrznym (kryzys). Przy innym kandydacie wyborcy nie głosowaliby więc "przeciwko rządowi", który nigdy nie byłby w stanie sprostać ich wszystkim oczekiwaniom.
- Utrudniłoby kampanię PiS nakierowaną na atakowanie Tuska za wszelkie wpadki rządu. Dawałoby pozór, że premier nie kieruje się osobistą ambicją i nie dąży do monopolu władzy.
- Porażka Lecha Kaczyńskiego z "innym niż Tusk" kandydatem byłaby dla PiS bardziej dotkliwa. To umacniałoby szanse PO w wyborach parlamentarnych.
- Tusk zachowywałby kontrolę nad PO i ograniczone zostałoby pole ewentualnego konfliktu prezydenta Tuska z jego przyszłym następcą w fotelu premiera.
- Przyszły prezydent z PO byłby uzależniony od politycznego poparcia PO i premiera - przewodniczącego partii. W takich warunkach bez większych przeszkód Tusk mógłby przeprowadzić zmiany konstytucyjne.
- To Tusk poprowadziłby PO do głównego politycznego starcia - wyborów parlamentarnych wiosną 2011 r. Trudno byłoby to zrobić ze stanowiska prezydenta - w polskiej tradycji stojącego ponad partyjną polityką.
Tusk ma 52 lata, jest młodszy od Lecha Kaczyńskiego o osiem lat. Należy wciąż do polityków młodych. Jeśli jego polityczny plan się powiedzie, zawsze będzie miał czas, aby ukoronować swoją polityczną karierę prezydenturą.
Czy tak się stanie? Jak mówi premier - dowiemy się o tym "już zimą".