http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piesiewicz w matni

Bogdan Wróblewski
2010-01-04, ostatnia aktualizacja 2010-08-11 17:50

Sytuacja prawna senatora Piesiewicza jest skrajnie skomplikowana. Za sprawą decyzji prokuratury - ale i na własne życzenie - znalazł się w pułapce. Nie wydostanie się z niej, zachowując immunitet

Senator Krzysztof Piesiewicz
Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Senator Krzysztof Piesiewicz
Piątego stycznia komisja regulaminowa, etyki i spraw senatorskich oceni wniosek prokuratora generalnego o uchylenie immunitetu senatora Krzysztofa Piesiewicza. Prokuratura chce mu zarzucić przestępstwa z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii: posiadania kokainy, udzielania jej i nakłaniania do jej zażycia innych osób.

Senatorowie postanowili go wysłuchać, zanim podejmą decyzję. Piesiewicz sam zrzekł się glejtu chroniącego go przed odpowiedzialnością karną.

Przed obradami senatorów warto pokazać, w jak trudnym znalazł się położeniu. I postawić pytania, zwłaszcza prokuraturze.

Pierwsze śledztwo

Za zażywanie narkotyku nikt by Piesiewicza nie ścigał. Narkotyzowanie się nie jest przestępstwem, lecz chorobą, nałogiem. Do grudnia 2000 r. nawet posiadanie niewielkiej ilości narkotyku "na własne potrzeby" nie było penalizowane. Prawo zmieniono, bo z furtki "własnych potrzeb" masowo korzystali dilerzy.

Nie jest to jednak przypadek senatora. W zarzutach mowa o śladowych ilościach narkotyku. Prokuratura zastosowała wobec niego zasadę dura lex sed lex.

Dramat Piesiewicza wiąże się z akcją brukowca. "Super Express" ujawnił nagrania szantażystów, którzy sfilmowali Piesiewicza w prywatnej sytuacji w towarzystwie dwóch kobiet, przebranego w sukienkę. I odurzonego. Narkotykiem czy jakąś miksturą, a może lekami? Nie wiemy. Są wątpliwości, czy jest to stan typowy dla człowieka po zażyciu kokainy. Jest natomiast pewne, że incydent sprowokowali i nagrali złoczyńcy, by zażądać haraczu.

To, co brukowiec odkrył przed trzema tygodniami, prokuratura wie od roku. Pierwsze śledztwo o szantaż - zapewne zainicjowane odnalezieniem nagrania - zaczęło się w 2008 r., a skończyło wiosną 2009 umorzeniem wobec niepopełnienia przestępstwa. Piesiewicz zapłacił szantażystom (co dziś przyznaje) i - można się domyślać - nie nalegał na ich ściganie.

Czy jednak prokurator miał rację, umarzając to śledztwo, skoro przestępstwo szantażu jest ścigane z urzędu i nie zależy od woli (wniosku) pokrzywdzonego?

Prokuratura: "Mamy dowody"

Mogłoby się wydawać, że to koniec sprawy. Ale stało się wręcz przeciwnie.

Senator wpadł w matnię - szantażyści ponowili żądania. Zaszczuty jesienią 2009 postanowił to przerwać, zawiadamiając prokuraturę. W nowym śledztwie o szantaż ma status świadka-pokrzywdzonego. Śledztwo to rozwinęło się błyskawicznie - 19 listopada szantażyści zostali zatrzymani, przesłuchani, dostali zarzuty.

Po pierwszym śledztwie pozostał jednak wątek narkotyków. Prokuratura prowadzi go na podstawie zeznań świadków (dziś podejrzanych o szantaż, choć nie wszystkie osoby się pokrywają) oraz nagrania. 27 listopada prokurator generalny wystąpił do marszałka Senatu o uchylenie immunitetu Piesiewicza w tej drugiej, wyłączonej sprawie, czyli w śledztwie narkotykowym.

Wniosek o pociągnięcie Piesiewicza do odpowiedzialności karnej poparty został srogim zapewnieniem prokuratora krajowego Edwarda Zalewskiego: "Mamy dowody". Zabrzmiało to kategorycznie - jak stwierdzenie winy. A co z dowodami na obronę senatora, które kodeks karny również każe badać? Co z wyjaśnieniem - co też kodeks nakazuje - "okoliczności, które sprzyjały popełnieniu czynu"?

Czyżby prokuratura - upodabniając się do tabloidu - chwyciła trop, by dopaść człowieka uwikłanego w skandal obyczajowo-kryminalny?

Zeznania szantażystów

Senator publicznie przyznał, że zażywał narkotyki, ale przed laty, bez związku ze sprawą, w której ma być podejrzany. Prokurator chce mu zarzucić posiadanie kokainy, nakłanianie do jej użycia i udzielanie innym osobom. Zarzuty dotyczą zdarzeń z 2008 r., nie wiążą się tylko z filmem ujawnionym przez "SE". Razem jest ich sześć.

Szczegółów nie znamy, ale scenariusz wydaje się taki: świadkowie - skądinąd dziś podejrzani o szantażowanie Piesiewicza - mówią, że dawał im narkotyki, a potwierdzać to mają sceny z nagrania. Prokurator im wierzy. Nie wierzy zaś senatorowi, który pytany o narkotyki w umorzonej sprawie o szantaż zaprzeczył.

Prokurator ma też opinie toksykologiczne o śladach substancji narkotycznych. Ale śladów tych nie pobrano w domu Piesiewicza, lecz prawdopodobnie od kobiet, które go odwiedziły.

Co więcej - brak oryginału nagrania, które ma potwierdzać zarzut nakłaniania do zażycia narkotyku. A kopia to nie jest pewny dowód.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 30 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    62 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':