Amerykański prezydent po raz pierwszy zapowiada ostrą rozprawę z terrorystami w Jemenie. O tamtejszej Al-Kaidzie zrobiło się głośno jedenaście dni temu, gdy w Wigilię Nigeryjczyk Umar Faruk Abdulmutallab próbował wysadzić w powietrze samolot lecący z Amsterdamu do Detroit.
Zamachowiec nie ukrywa, gdzie nauczył się terrorystycznego fachu. Sama jemeńska Al-Kaida triumfalnie obwieściła też, że to ona wyposażyła go w bombę. I zapowiedziała kolejne zamachy.
- Wzmocnienie współpracy z jemeńskim rządem będzie naszym priorytetem - obwieścił w sobotę Obama, który w weekend wysłał do Sany, stolicy Jemenu, generała Davida Petraeusa, dowódcę sił
USA na Bliskim Wschodzie. -Wytrenujemy i wyposażymy miejscowe siły bezpieczeństwa, pomożemy służbom specjalnym - taką obietnicę Petraeus przekazał prezydentowi Jemenu Alemu Abd Allahowi Salihowi.
Ameryka nie może sobie pozwolić na kolejną wojnę po Iraku i Afganistanie. USA wraz z Wlk. Brytanią hojnie sypną więc groszem jemeńskiemu rządowi oraz dostarczą instruktorów i doradców.
Wczoraj Amerykanie i Brytyjczycy zamknęli swoje ambasady w Sanie. Doradca Obamy ds. terroryzmu John Brennan przyznał, że Al-Kaida planuje zamachy w jemeńskiej stolicy. We wrześniu 2008 r. w ataku na amerykańską placówkę zginęło 16 osób, w tym jedna obywatelka USA. Dziewięć lat temu w jemeńskim Adenie terroryści zaatakowali amerykański okręt "Cole", zabijając 17 marynarzy.
Rosnąca w siłę Al-Kaida na Półwyspie Arabskim, czyli połączona organizacja jemeńskich i saudyjskich terrorystów, od miesięcy niepokoi amerykańskich speców od terroryzmu. Już wiosną 2009 r. gen. Petraeus ostrzegał, że Jemen "staje się rajem dla terrorystów", a dyrektor
CIA Leon Panetta mówił o "nowym sanktuarium Al-Kaidy".
W czerwcu 2009 r. jemeńscy terroryści zaszokowali okrucieństwem - porwali i bestialsko zamordowali grupę cudzoziemców, głównie lekarzy. Wśród zamordowanych były kobiety i dzieci.
Do Jemenu terroryści ściągają głównie z pogranicza pakistańsko-afgańskiego, uciekając przed ofensywą pakistańskiej armii i nalotami Amerykanów. -Pali im się grunt pod nogami, dlatego szukają nowej siedziby - mówił w zeszłym roku dowódca sił specjalnych USA adm. Eric Olson.
Jemen, najbiedniejsze państwo arabskie, jak mało który kraj nadaje się na bazę Al-Kaidy. Skłócony rząd boryka się z separatystami na południu i szyicką rebelią na północy kraju. Łatwo tu o broń (22 mln Jemeńczyków ma 50 mln sztuk broni!), wiele plemion sprzyja terrorystom. To stąd pochodzi Osama ben Laden.
Rząd w Sanie nie radzi sobie z walką z terroryzmem. W 2006 r. z jemeńskiego więzienia uciekło 23 ważnych członków Al-Kaidy, wśród nich organizatorzy zamachu na niszczyciel "Cole".
To wtedy uciekł też Nasir al-Wuhajszi, zausznik ben Ladena, który dwa lata temu został emirem jemeńskiej Al-Kaidy. W zeszłym roku mianował swoim zastępcą zwolnionego po sześciu latach odsiadki z Guantanamo Saudyjczyka Saida Alego al-Szihriego, który przekonał go, że "więzienie tylko wzmogło jego upór i zaangażowanie w dżihad". Jakby tego było mało, zeszłej zimy władze wypuściły z więzień 170 członków Al-Kaidy, bo przeszli program resocjalizacji i obiecali zerwać z terroryzmem. - Szefowie ich plemion obiecali mieć ich na oku - tłumaczył wówczas prezydent Salih.
Jemeńska Al-Kaida ma nawet własną stronę internetową, na której zaprasza terrorystów do Jemenu: "Już prorok Mahomet kazał wyrzucić niewiernych z Półwyspu Arabskiego".
Jemeńczycy od lat są w elicie światowej świętej wojny. Stanowili jedną z największych grup mudżahedinów walczących w Afganistanie w latach 80. z Armią Czerwoną, po 2003 r. równie licznie jeździli na dżihad do Iraku, a dzisiaj stanowią połowę wszystkich więźniów w Guantanamo.