Takie dramatyczne oświadczenie wydał przywódca irańskiej opozycji Mir Hosejn Musawi. Dzień wcześniej w Teheranie tłum zwolenników rządu domagał się jego egzekucji
Fot. youtube.com
Kadry z filmu nakręconego przez zwolenników opozycji w niedzielę w Teheranie...
Fot. youtube.com
Kadry z filmu nakręconego przez zwolenników opozycji w niedzielę w Teheranie...
Fot. youtube.com
Kadry z filmu nakręconego przez zwolenników opozycji w niedzielę w Teheranie...
Od kilku dni obie strony konfliktu - władza i opozycja - przypominają pokerzystów, którzy twardo podbijają stawkę w nadziei, że rywal nie wytrzyma napięcia i podda się, rzucając karty na stół. Wczoraj licytował przywódca opozycji, 69-letni były premier Musawi. "Nie boję się śmierci i jestem gotów umrzeć w obronie ludzkich aspiracji" - napisał na swojej stronie internetowej.
Była to jego pierwsza publiczna wypowiedź od krwawej niedzieli, kiedy uliczne protesty opozycji w Teheranie zostały rozbite przez policję. Zginęło przynajmniej osiem osób, w tym bratanek Musawiego, aresztowano setki osób. Dziennikarze mieli zakaz relacjonowania ulicznych walk, ale zastąpili ich demonstranci, którzy nagrywali wszystko na telefony komórkowe i wrzucili nagrania do internetu. Najbardziej szokujący filmik - do obejrzenia na YouTube - pokazuje, jak policyjne wozy najpierw potrącają, a potem z premedytacją przejeżdżają po leżącym na środku ulicy człowieku.
W odpowiedzi rząd zmobilizował tłumy swoich zwolenników, którzy przeszli ulicami Teheranu we wtorek, środę i czwartek, domagając się egzekucji Musawiego i Mehdiego Karubiego, drugiego przywódcy opozycji. Obydwaj oni startowali w wyborach prezydenckich 12 czerwca, które oficjalnie wygrał twardogłowy prezydent Mahmud Ahmadineżad, ale opozycja uważa, że wyniki głosowania zostały sfałszowane.
- Miliony tutaj zebrane mówią wam, spiskowcy: Jeszcze możecie wrócić ze ścieżki występku! - krzyczał do tłumów ajatollah Ahmad Alamolhoda. - Ale jeśli nie okażecie skruchy, ludzie i władza potraktują was jak wrogów Boga, dla których kara może być tylko jedna - śmierć!
Tymczasem prokurator generalny Gholam Hossein Mohseni Ejei wysłał do gazet oświadczenie, w którym grozi, że przywódcy opozycji staną przed sądem jako "odstępcy", jeśli nie potępią demonstrantów, którzy w niedzielę walczyli z policją. W mediach i na ulicznych wiecach coraz częściej padają sugestie, że Musawi i Karubi są agentami zachodnich wywiadów - brytyjskiego, amerykańskiego albo izraelskiego. Irańczycy łatwo wierzą w teorie spiskowe, bo wciąż pamiętają upokorzenie z 1953 roku, kiedy CIA obaliła rząd premiera Mohammeda Mosaddeka, który znacjonalizował złoża ropy, odbierając profity zachodnim koncernom.
Wczorajsze oświadczenie Musawiego jest dowodem, że się tych wszystkich pogróżek nie uląkł, a jego słowa o gotowości na śmierć niosą w sobie ukrytą aluzję o potężnej sile rażenia. W ostatnią niedzielę, kiedy wybuchły zamieszki, cały szyicki Iran obchodził rocznicę śmierci swojego największego bohatera, imama Hosejna. Szyici wierzą, że 1330 lat temu zginął on w nierównej walce z tyranem, kalifem Jazydem, który uzurpował sobie prawo do władzy, choć to Hosjen - jako wnuk Mahometa - powinien rządzić muzułmanami. Musawi sugeruje, że tak jak imam (jego imiennik!) jest gotów poświęcić życie w imię sprawiedliwości i walki z tyranią.
Ale w swoim oświadczeniu wspomina również, że jest gotów do kompromisu, jeśli władze zechcą negocjować. "Nie jesteśmy żadnymi agentami - ani brytyjskimi, ani amerykańskimi" - napisał na swojej oficjalnej stronie internetowej. - Aresztowanie czy zabicie Musawiego czy Karubiego nie uspokoi ludzi, a pogróżki i ostre słowa doprowadzą do rewolucji".
Dalej Musawi stawia władzom swoje warunki: zmiana prawa wyborczego - tak, żeby stało się w pełni demokratyczne (w Iranie duchowni oceniają, czy kandydaci mogą startować, i jeszcze przed głosowaniem eliminują groźnych przeciwników), uwolnienie więźniów politycznych, przestrzeganie prawa ludzi do wolnych zgromadzeń, wreszcie przyznanie się władz, że ponoszą odpowiedzialność za ciągnący się od pół roku kryzys.
Ale jednocześnie Musawi podkreśla, że jest wierny spuściźnie ojca islamskiej rewolucji z 1979 roku ajatollaha Chomeiniego. Tym samym uspokaja władze, że nie chce obalenia Islamskiej Republiki, a tylko jej odnowy. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego - sam przed 30 laty stał w pierwszym szeregu rewolucjonistów, a w latach 80. był premierem.
Nie wiadomo jednak, czy sama reforma zadowoli zwolenników Musawiego, którzy od pół roku co kilka tygodni wychodzą na ulice mimo represji policji. W niedzielę krzyczeli, że dyktatura współczesnego Jazyda, czyli najwyższego przywódcy ajatollaha Alego Chamenei, musi upaść. Na stronach internetowych opozycji pisano, że już przygotowany jest helikopter, który w razie rewolucji wywiezie najwyższego przywódcę do Rosji.
Niemal równocześnie rządowa agencja informacyjna IRNA podała, że Musawi i Karubi zlękli się słusznego gniewu narodu i uciekli z Teheranu.