Rok 2009 był przełomowy z racji wejścia w życie traktatu lizbońskiego w grudniu, co zakończyło trwający osiem lat okres reformy unijnych instytucji. Przyjęcie traktatu w drugim referendum w Irlandii w czerwcu zamknęło okres przegrywanych plebiscytów, które stawiały pod znakiem zapytania sens dalszego pogłębiania integracji.
W2010 roku Europa wchodzi właściwie z czystym kontem, z wyjątkiem może fiaska grudniowego szczytu klimatycznego w Kopenhadze, za które odpowiada zresztą cały świat. W2010 roku skrzydła rozwinie wybrany pół roku temu
Parlament Europejski i nowe władze ustanowione pod koniec listopada na mocy traktatu lizbońskiego.
Nowy unijny prezydent Herman van Rompuy wie, że jego zadanie polega na łączeniu i godzeniu, a nie dzieleniu. Pod koniec stycznia, zapewne po awanturach o przeszłość i kwalifikacje kilku komisarzy, Parlament Europejski zatwierdzi skład nowej Komisji Europejskiej José Manuela Barrosa.
Nowe instytucje będą musiały się dotrzeć, a od tego, jak ułożą swe relacje, zależy skuteczność Unii. Pierwszym testem będzie utworzenie unijnej dyplomacji, którą pokieruje baronessa Catherine Ashton.
Każda z unijnych instytucji oraz państwa chce mieć tam swoich ludzi, by mieć wpływ na działanie dyplomacji. Dlatego służba dyplomatyczna, która powstanie ostatecznie w kwietniu 2010 r., będzie owocem kompromisu z wszystkimi tego konsekwencjami.
Po pierwsze, bezrobocie Największym wyzwaniem dla Unii i przewodzącej jej w 2010 roku Hiszpanii, a potem Belgii będzie walka ze skutkami kryzysu. Bezrobocie wUE wzrosło z7,5 w listopadzie 2008 do 9,3 proc. w październiku 2009 r. W Hiszpanii odsetek bezrobotnych przekroczył 19,3 proc., ana Łotwie - najbardziej dotkniętej kryzysem - ponad 20 proc.
Główne pytanie brzmi, czy uda się znaleźć lekarstwo na bezrobocie. Na razie pomysłów nie ma.
Szansą jest przygotowywana druga odsłona tzw. strategii lizbońskiej, czyli programu uczynienia unijnej gospodarki jedną z najbardziej konkurencyjnych na świecie w oparciu o nowoczesne technologie informatyczne.
Kto wygra na Wyspach W2010 r. oczy kontynentu zwrócą się na Wielką Brytanię, którą czekają wybory. Ten jeden z największych unijnych krajów jest tradycyjne eurosceptyczny, ale wiadomo, że bez Londynu nie sposób budować unijnej polityki obronnej czy zagranicznej. Bez zaangażowania Londynu nie zrobi się też wiele na rynkach finansowych czy w bankach oskarżanych o wywołanie obecnego kryzysu finansowego.
Im bliżej wyborów, które zapewne odbędą się na początku maja, tym bardziej wariują sondaże. Jeszcze niedawno wydawało się pewne, że po 12 latach rządów laburzystów na Downing Street 10 zasiądzie przywódca konserwatystów David Cameron. Teraz sondaże wskazują, że torysom może zabraknąć mandatów do stworzenia wyraźnej większości i Wlk. Brytanię może czekać albo rząd koalicyjny, albo wielkie kłopoty. Trzecią co do wielkości partią są liberałowie, najbardziej proeuropejskie stronnictwo na Wyspach, ale ich sojusz z najbardziej eurosceptyczną partią głównego nurtu, czyli torysami, wydaje się mało prawdopodobny.
Z dwojga złego chyba lepszym rozwiązaniem dla Unii byłby rząd torysów. Kłopot w tym, że Cameron jest zwolennikiem izolowania swego kraju w Europie, a najlepszym na to dowodem jest wyprowadzenie torysów z największej frakcji w Parlamencie Europejskim, czyli chadeków.
Eksperci uspokajają, że Cameron jako premier będzie znacznie mniej antyunijny niż Cameron jako kandydat na premiera. Zapewne po kilku miesiącach niepewności stosunki Londynu z Brukselą ułożą się i choć Brytyjczycy okopią się na swych eurosceptycznych pozycjach, to nie sparaliżują integracji europejskiej.
Rok rozszerzenia? W końcówce 2009 r. przewodzącym Unii Szwedom udało się ożywić zamierający proces rozszerzenia. W ciągu najbliższego pół roku powinny skończyć się rokowania akcesyjne z Chorwacją. Niebawem zaczną się negocjacje z Islandią. A jeśli Ateny dogadają się wreszcie ze Skopie w sprawie nazwy państwa
Macedonia, to Macedończycy usiądą w końcu do stołu rokowań. Natomiast Serbowie, Czarnogórcy i Albańczycy, którzy złożyli już wniosek o członkostwo, czekać będą na swoją kolej.
Chęć dołączenia do europejskiego klubu to wielka zachęta do reform i zmian społecznych w krajach aspirujących do członkostwa. Dla zachodnich Bałkanów to jedyna szansa na zakotwiczenie na bezpiecznym brzegu po okresie wojen jugosłowiańskich.
Nadchodzące miesiące będą też ważne dla relacji Europy z Ukrainą i Białorusią. O ile w Kijowie politycy nie myślą poważnie o członkostwie w NATO, o tyle znalezienie się w orbicie Unii dzięki negocjowanej właśnie umowie stowarzyszeniowej jest perspektywą kuszącą, zarówno dla podzielonego obozu pomarańczowych, jak i prorosyjskiej części sceny politycznej.
Rolą Polski powinno być dbanie o program Partnerstwa Wschodniego, który ma związać wschodnich sąsiadów z UE. Może być to trudne, gdyż
Hiszpania i
Belgia, które będą przewodzić Unii w2010 roku, bardziej interesują się zacieśnianiem relacji z krajami śródziemnomorskimi.
Afgański znak zapytania Najważniejsze kraje w UE mają swe wojska w Afganistanie i są członkami NATO zaangażowanego po uszy w afgańskiej operacji. Dlatego tak ważne dla Europy jest pytanie, czy nowa afgańska strategia prezydenta Baracka Obamy polegająca na zwiększeniu sił walczących z talibami i wzmocnieniu państwa afgańskiego przyniesie efekty. Jeśli tak, to w pierwszej połowie 2011 roku pierwsze oddziały NATO zaczną wychodzić z Afganistanu, a wtedy relacje Ameryki i Europy staną się o niebo lepsze, podobnie jak perspektywy przygotowywanej na jesienny szczyt NATO nowej doktryny Paktu.
W przeciwnym wypadku zawód spowodowany polityką prezydenta Obamy może zmienić się w resentyment i drogi Ameryki i Unii znów zaczną się rozchodzić jak za kadencji George'a Busha.
Z tych wszystkich względów rok 2010 może być kluczowy dla pozycji Unii na świecie. Europa będzie mogła wreszcie pokazać, czy w dobie globalizacji i w obliczu coraz mocniejszej Azji liczy się jako światowy gracz, czy też jest tylko zamkniętym w sobie regionalnym blokiem.