Słowacki premier Robert Fico nie ma najmniejszych wątpliwości, że jego kraj wprowadził euro w najlepszym możliwym momencie. - To historyczny sukces Słowacji - mówił w połowie grudnia na konferencji podsumowującej rok członkostwa w strefie euro.
Euro polubili też Słowacy. Z badania przeprowadzonego w listopadzie na zlecenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej na Słowacji wynika, że aż 78 proc. obywateli pozytywnie ocenia zmianę waluty. - To najwięcej w historii, rok temu poparcie wynosiło 58 proc., dwa lata temu 43 proc. Słowacy dostrzegają, że podróżowanie jest łatwiejsze i tańsze, kraj jest bardziej atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych, cieszą się z większej roli Słowacji w Europie i są dumni ze słowackich symboli na monetach - wymienia Zdenko Štefanides, główny ekonomista VUB Banka.
Ale o swojej starej walucie jeszcze nie zapomnieli. Z tych samych badań wynika, że połowa Słowaków w czasie zakupów przelicza ceny i kalkuluje w koronach. Całkowicie na euro przestawiła się tylko jedna piąta społeczeństwa.
Inflacji nie ma, jest drożej Słowaków nie ominęły jednak tradycyjne eurostrachy. Aż 57 proc. twierdzi, że ceny w ostatnim roku wzrosły. Tymczasem statystyki tego nie potwierdzają. Z wyliczeń Banku Słowacji wynika, że na początku roku wzrost cen z powodu euro był minimalny - styczniowa
inflacja wyniosła 2,7 proc., z czego za 0,15 pkt proc. odpowiadała wymiana waluty. Ale w kolejnych miesiącach kryzys gospodarczy ograniczył wzrosty cen i obecnie na Słowacji inflacja wynosi zero procent.
- Słowacja stała się droższa dla przyjezdnych. Ale nie dlatego, że podnieśliśmy ceny, tylko dlatego, że waluty krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gwałtownie osłabły - tłumaczy Jan Bošnovie, dyrektor narodowego Centrum Turystyki Słowackiej w Polsce.
Nic dziwnego, że już na początku tego roku Słowacy masowo zaczęli robić zakupy w polskich miastach. Historie Słowaków robiących u nas zakupy opisywaliśmy wielokrotnie m.in. na łamach lokalnych dodatków "Gazety".
- Kilogram za cztery euro! - nie mógł uwierzyć Słowak, patrząc na ceny łososia w sklepie Auchan w
Bielsku-Białej. - U nas w sklepie taki sam łosoś był wczoraj po jedenaście euro - mówił do żony.
- Wydałem niewiele ponad 50 euro, a oprócz świeżego pieczywa nic nie będę musiał kupować do jedzenia przez kilkanaście dni - cieszył się z kolei Karol Horváth spod Namestova. - Kupiłem kilka butelek czeskiego pilsnera, bo nawet piwo jest teraz w Polsce tańsze niż u nas - dodał.
Sztywny kurs pogłębia recesję Czy równie dobrze wyszła na wymianie waluty w samym apogeum kryzysu finansowego gospodarka Słowacji?
- Moim zdaniem w tym pierwszym roku z euro przeważyły minusy - mówi "Gazecie" Jan Toth, główny ekonomista UniCredit Bank Słowacja. - Elastyczny kurs pomógłby nam się przystosować do załamania w handlu światowym. Gdybyśmy mieli koronę, to jej kurs by osłabł, tak jak było to z walutami innych państw regionu i dzięki temu nasze towary mogłyby konkurować ceną za granicą - wyjaśnia.
Na dodatek Słowacja, wchodząc do strefy euro, kurs wymiany korony na euro wyznaczyła na bardzo silnym poziomie - 1 euro za 30,126 korony. To było kilka miesięcy przed kryzysem, wtedy wszystkie waluty regionu były silne.
- Słowacy mieli pecha z kursem walutowym, po którym przeliczyli korony na euro. Gdyby nie to, recesja na Słowacji byłaby płytsza - mówi Bartosz Pawłowski, strateg ds. rynków wschodzących w
BNP Paribas w Londynie.
Według prognoz Banku Słowacji w tym roku gospodarka tego kraju skurczy się o 4,8 proc. W innych krajach, np. w Polsce, osłabienie złotego spowodowało, że
eksport w ciężkich kryzysowych czasach stał się bardziej konkurencyjny. To był jeden z elementów, który zdecydował, że polska gospodarka jako jedyna w UE nie wpadła w recesję.
Na Słowacji ucierpieli nie tylko eksporterzy, od których uzależniona jest słowacka gospodarka, ale i ci, którzy sprzedają na rynku wewnętrznym, bo klienci "wyciekli" im za granicę. Do tego załamał się też sektor turystyczny, przyjazdy obcokrajowców w ubiegłym sezonie zimowym spadły o jedną czwartą.
Tańszy dług, więcej turystów Gorzką europigułkę Słowacja już przełknęła, teraz czeka na jej działanie lecznicze. - Możliwości pożyczania pieniędzy, jakie ma teraz Słowacja, są znacznie lepsze i wygodniejsze niż w krajach, które euro nie wprowadziły - mówi słowacki minister finansów Ján Poeiatek.
Rzeczywiście, obecnie oprocentowanie 5-letnich słowackich obligacji sięga 3,25 proc., polskich - aż 5,9 proc. - To oznacza, że za każde pożyczone 100 mln Słowacja płaci 2-3 mln mniej odsetek - mówi Bartosz Pawłowski. Różnica staje się jeszcze bardziej wymowna, gdy spojrzymy na cały polski dług. - Obniżenie rentowności obligacji o 1 pkt proc. dałoby 6-7 mld zł oszczędności na obsłudze długu - oblicza były wiceminister finansów Stanisław Gomułka.
Inwestorzy zupełnie inaczej wyceniają też obecnie ryzyko niewypłacalności Słowacji. W połowie 2008 r. ubezpieczenie polskiego długu było tylko o 15 pkt bazowych droższe niż słowackiego, w szczycie kryzysu różnica była 10 razy większa.
- Kryzys się jeszcze nie skończył. Kraje w naszym regionie będą się borykać z rosnącym zadłużeniem. Dostęp do tańszego kredytu na Słowacji będzie w tym momencie przewagą - zwraca uwagę Pawłowski.
W podobny sposób zyskiwać będą też przedsiębiorstwa. Michal Musak, analityk banku Slovenská Sporiteloa, uważa, że właśnie wspólna waluta pomoże słowackim firmom w odbiciu się od głębokiego dna, w które wpadły w czasie kryzysu. - Mają niższe koszty transakcyjne (wymiana walut, koszt zabezpieczenia przed ryzykiem walutowym, pewne opłaty administracyjne) i bardziej przewidywalne warunki prowadzenia biznesu, bo nie muszą się martwić o wahania kursowe - wyjaśnia "Gazecie".
Patrząc w dłuższej perspektywie, ekonomiści są przekonani, że plusy przeważą nad minusami pozbycia się korony. - Handel z innymi krajami strefy euro zwiększy się istotnie, a inwestycje zagraniczne będą płynąć szerszym strumieniem. Euro będzie dodatkowo wyróżniać nas w oczach inwestorów spośród krajów regionu - uważa Zdenko Štefanides.
Jan Bošnovie z Centrum Turystyki Słowackiej jest zdania, że kryzys i wprowadzenie euro na dobre wyjdzie też branży turystycznej. - W połowie 2008 r. Słowacy narzekali na wyśrubowane ceny wypoczynku, ale w ośrodkach byli goście zagraniczni, więc nikt nie musiał obniżać cen - mówi Bošnovie. - Kryzys jednak udowodnił, że jest to możliwe. Ceny poszły w dół nawet o 30-40 proc. - dodaje.
Jego zdaniem dzięki euro turyści z krajów strefy euro mogą teraz dokładnie porównać ceny. - I zobaczyć, że jesteśmy atrakcyjni -
obiad za 3-4 euro, piwo, lampka wina czy kawa po 1 euro - mówi Bošnovie. - Już widać efekty, pojawia się więcej gości, których wcześniej tu nie było, Holendrów, Niemców czy Francuzów - cieszy się.