http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Brazylia o krok od potęgi

Maciej Stasiński
2010-01-03, ostatnia aktualizacja 2010-01-01 15:03

Prezydent Lula da Silva i Pele
Prezydent Lula da Silva i Pele
Fot. Charles Dharapak AP POOL

Jest jednym ze wschodzących mocarstw. Pytanie, kiedy zostanie mocarstwem. Ale wizyta w Brazylii przynosi inne, bardziej intrygujące: dlaczego nie jest nim jeszcze?

Pele i prezydent Brazylii Lula de Silva w towarzystwie króla Hiszpanii Juana Carlosa
Fot. Odd Andersen AP
Pele i prezydent Brazylii Lula de Silva w towarzystwie króla Hiszpanii Juana...

Fot. STEVE HOLLAND AP
ZOBACZ TAKŻE
To piąte państwo świata pod względem powierzchni i ludności i dziesiąta gospodarka. Nie ma dnia, by światowe media nie wieszczyły mu wielkiej przyszłości. "Brazylia będzie wielką opowieścią w 2010 i przez wiele następnych lat" - napisał niedawno "Financial Times". Odkrycie ogromnych złóż ropy pod dnem Atlantyku, przyznanie organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej w 2014 oraz olimpiady w 2016 wyniosły Brazylię na czołówki gazet i portali.

Ostatnie dwa lata kryzysu światowego Brazylia przetrwała pomyślnie i po krótkim spowolnieniu już w 2010 roku zapowiada znów wzrost o 4,5 proc. Banki brazylijskie nie ucierpiały i od kilku miesięcy rosną kredyty udzielane i firmom, i ludziom.

- Lata 2003-08 należały do najlepszych w dziejach Brazylii - mówił niedawno BBC minister skarbu Guido Mantega. - Rośliśmy bez inflacji i deficytu. Skróciliśmy okres kryzysowy, jesteśmy gotowi na nowy cykl wzrostu. W ciągu najbliższych pięciu, sześciu, siedmiu lat będziemy rosnąć 5-6 proc. rocznie. W ciągu najbliższych 20-30 lat Brazylia stanie się jednym z najważniejszych państw świata. Ropa tylko tę tendencję umocni. Mamy rezerwy, rolnictwo, dobry przemysł, usługi, rozwinięty rynek kapitałowy. Brazylia stanie się jedną z 5-6 największych gospodarek.

Podobnie mówi minister rozwoju Roberto Mangabeira Unger: - Najważniejszą cechą Brazylii jest jej witalność. Brazylia kipi życiem. Wzrasta nowa klasa średnia. Nie jest europejska, wyrafinowana, jest raczej surowa, ciemnoskóra, metyska. To miliony ludzi, którzy pracują, żeby założyć małe firmy, studiują po nocach i tworzą własną kulturę samopomocy. Rewolucja, jakiej Brazylia potrzebuje, polega na tym, by państwo użyło swojej władzy i środków, by pomóc większości pójść w ślady tej nowej awangardy.

Mangabeira Unger był profesorem Baracka Obamy na Uniwersytecie Harvarda. Podziwia amerykański wzór społeczeństwa wolnych obywateli i jego ducha indywidualizmu.

- Ze wszystkich krajów najbardziej podobna do USA jest Brazylia - mówi. - Ma podobne rozmiary, jest wieloetniczna, z ludnością europejską oraz niewolnikami z Afryki. USA to kraj największych nierówności wśród bogatych, a Brazylia - wśród rozwijających się. W obu obywatele sądzą, że wszystko jest możliwe. Amerykanie szukają teraz historycznego przełomu, czegoś na podobieństwo planu Roosevelta. W Brazylii szukamy takiej drogi rozwoju, która zwiększy szanse ekonomiczne i edukacyjne obywateli i stanie się motorem wzrostu gospodarczego - opowiada Unger.

Sukces goni sukces

Obaj ministrowie są z drużyny prezydenta Inacio Luli da Silvy, który od siedmiu lat rządzi Brazylią z niebywałym powodzeniem. Po niemal dwóch kadencjach jego popularność sięga 70-80 proc. i przekracza tę, którą miał w 2002 r., kiedy wygrywał wybory. Za rok złoży urząd w glorii bohatera ludowego i wybitnego męża stanu. Za jego kadencji gospodarka rosła o 4-5 proc. rocznie. Za jego rządów oraz poprzedniego prezydenta Fernando Henrique Cardoso obszar biedy zmniejszył się z 43 do 30 proc.

Wizję potęgi kraju, którą rozwijają jego ministrowie, sam Lula da Silva głosi jeszcze lepiej, bo z talentem ludowego trybuna. W przeciwieństwie do kolegów-prezydentów z kontynentu, którzy niezależnie od orientacji padają ofiarami wirusa władzy, Lula da Silva jednak nie zmienia konstytucji i nie wymusza prawa do kolejnych kadencji.

Inaczej także zachowuje się jako znalazca naftowego skarbu. Choć jest absolwentem czterech klas szkoły podstawowej, ma więcej rozsądku niż jego sąsiad z północy - pułkownik Hugo Chavez, który mannę naftową przeznaczył wyłącznie na budowanie władzy. Ta trzeźwość budzi respekt. - Inni ulegli pokusie łatwych i szybkich pieniędzy. Sprzedawali ropę, zalały ich obce pieniądze, zniszczyli własny przemysł, rozmontowali gospodarkę. Ich dar od Boga zmienił się w przekleństwo. Nam nie wolno tak postąpić - powiedział niedawno.

Brazylia chce zaangażować w eksploatację ropy kapitały prywatne i państwowy koncern Petrobras, a zyski przeznaczyć m.in. na fundusz rozwojowy na wzór Norwegii: na edukację, naukę, nowe technologie, służbę zdrowia, kulturę i ochronę środowiska. Nic dalszego od modelu surowcowej monokultury petropotęg z Zatoki Perskiej, Rosji, Nigerii czy Wenezueli.

Drużyna prezydenta uważa, że ich szef jest największym prezydentem w dziejach kraju, bo umiał połączyć wzrost gospodarczy, dyscyplinę finansową i sprawiedliwość społeczną. Mówią, że to za jego kadencji program "Bolsa familia" - pomocy materialnej dla rodzin kształcących dzieci - objął 11 mln rodzin, a system pensji minimalnej - 13 mln. I że Lula odda następcy kraj, który do końca 2009 r. utworzy milion nowych miejsc pracy.

Stereotyp kraju futbolu, samby, karnawału oraz endemicznej nędzy faveli przeżył się. Biedy jest dużo i jest widoczna, bo wciśnięta, jak w Rio, na wzgórza pośród lepszych dzielnic. Ale ponad połowa Brazylijczyków należy do klasy średniej, bieda z roku na rok się kurczy.

Prezydent przełomu

Lula da Silva na surowym korzeniu jednak nie budował. Już w 2001 r. raport banku Goldmann Sachs zapowiadał, że pierwsze dziesięciolecia XXI wieku będą należały do Brazylii, Rosji, Indii i Chin - bank dał im zbiorczą nazwę BRIC. Przewidywał, że w ciągu niecałych 50 lat BRIC zastąpi obecną grupę sześciu najbogatszych państw i zmieni polityczną, gospodarczą i militarną geografię świata.

Przepowiednia przypadła na moment, gdy Brazylią rządził już szósty rok poprzednik Luli i jego adwersarz, znany intelektualista Hernando Henrique Cardoso, który przed zwycięstwem w wyborach prezydenckich w 1995 r. był ministrem spraw zagranicznych, a w 1994 r. ministrem finansów. To Cardoso dokonał przełomowej reformy finansów: wprowadził nową walutę - reala - oraz zdusił hiperinflację sięgającą rocznie tysiąca procent. A potem został na dwie kadencje prezydentem. I to jego, nie Lulę da Silvę, wielu uważa za najwybitniejszego prezydenta w historii niepodległej Brazylii. Bo to on położył podwaliny pod dzisiejszą gospodarczą krzepę Brazylii.

W latach młodości Cardoso zasłynął książką "Dependencia y Desarrollo" (Zależność i Rozwój), napisaną razem z Enzo Falleto i opublikowaną w 1969 r. na emigracji w Chile, dokąd Cardoso uciekł przed dyktaturą wojskową. Zacofanie krajów Ameryki Łacińskiej składał na karb strukturalnej zależności od najbardziej rozwiniętych potęg kapitalistycznych. Książka przyczyniła się do kariery teorii rozwoju zależnego - w krajach kontynentu na długie lata zapanowało przeświadczenie, że ich bieda jest wyłącznie winą krajów bogatych. Najbardziej wojowniczym wyrazem tej teorii była wydana dwa lat później książka Eduardo Galeano "Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej", której 77. (!) wydanie hiszpańskie demonstracyjnie podarował rok temu Barackowi Obamie wenezuelski populista Chavez.

Po latach prezydent zadał kłam teorii pisarza. Dowiódł praktycznie prawdziwości tezy, że kraje kontynentu mogą być panami swego losu i z zależności i zacofania się wyrwać. Prezydent Cardoso złamał m.in. państwowe monopole: naftowy, gazowy, telekomunikacyjny i transportu morskiego, poddał państwowe przedsiębiorstwa konkurencji rynkowej, ściągnął 170 mld dol. zagranicznych inwestycji, pobudził eksport, wydał duże pieniądze na walkę z biedą i uwłaszczył 80 tys. rolników. Chociaż w ciągu ośmiu lat prezydentury Cardoso średni roczny wzrost gospodarczy nie przekraczał 2,4 proc., a bezrobocie podskoczyło z 4 do 7 proc., to gospodarka Brazylii zaczęła się w świecie liczyć.

Cardoso uważa zresztą, że już w książce pokazywał, że za trwanie krajów biednych w zacofaniu winę ponoszą ich polityczne elity. Tego jednak nie chciano dostrzec, bo lewicowa wiara w rewolucję lepiej nadawała się na czasy, gdy w Ameryce Łacińskiej kwitły zbrodnicze dyktatury wojskowe jawnie lub dyskretnie wspierane przez USA.

Jednak w latach 90. lewicowe rządy, którym o pokolenie wcześniej drogę zagrodziły dyktatury, znowu dostały szansę. Jedne kraje ją zmarnowały, jak Wenezuela, inne wykorzystały, jak Chile.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':