- Dlaczego
Chiny nie zgodziły się, by go zbadać? -pytał wczoraj rozjuszony szef brytyjskiego
MSZ David Miliband. - To była istota naszych apeli. Chińską ambasador w Londynie Fu Ying wezwano do jego biura. Sprawa Szaika (Pakistańczyka z paszportem brytyjskim) grozi pogorszeniem stosunków między obydwoma krajami.
Ambasada oświadczyła, że u skazanego nigdy wcześniej nie wykryto choro by psychicznej i że przekazana przez Brytyjczyków dokumentacja jego choroby była "niewystarczająca".
Stracenie Szaika potępiła też UE: "Głęboko ubolewamy, iż Chiny nie posłuchały wielokrotnych wezwań ze strony Unii i jednego z jej państw członkowskich". Odrębny protest wyraził Paryż. Amnesty International i Fundacja Helsińska skrytykowały polski MSZ, który nie podjął własnej akcji.
Oburzenia nie ukrywa organizacja humanitarna Reprieve, która pomagała Szaikowi. - Jesteśmy chorzy od tego, czego dowiedzieliśmy się o chińskim sądownictwie - powiedziała Sally Rowen z Reprieve.
53-letni Szaik, skazany w zeszłym roku za przemyt 4 kg heroiny, został stracony wczoraj nad ranem w Urumczi. To była pierwsza od 58 lat egzekucja obywatela kraju europejskiego w Chinach. Wyrok wykonano, wstrzykując mu truciznę. W Państwie Środka taka śmierć uważana jest za bardziej humanitarną od najczęstszego rozstrzelania. W ostatniej chwili Szaika próbował ratować Gordon Brown, który zwrócił się listownie do przywódcy Chin
Hu Jintao o odroczenie egzekucji. Hu odparł, że wyrok jest zgodny z prawem. Wcześniej brytyjski rząd robił, co mógł, w sprawie swego obywatela, który - jak twierdzi rodzina - miał problemy psychiczne.
Organizacja Reprieve i obrońcy Szaika prosili sąd, by zarządził badania psychiatryczne pozwalające ustalić jego stan zdrowia. Sędziowie odmówili.
Proces był pełen nieprawidłowości. Szaik postanowił bronić się sam, a sędziowie ponoć śmiali się z jego bełkotliwych wypowiedzi. Przy apelacji niby reprezentował go adwokat, ale mecenas Zhang Qingsong ujawnił wczoraj, że nie widział się z klientem ani razu, bo nie dostał zgody sądu. Sam Szaik o wyroku dowiedział się dopiero w przeddzień egzekucji od kuzynów, którzy w poniedziałek przylecieli do Urumczi.
Chińczycy odpierają zarzuty Zachodu. Rzeczniczka MSZ Jiang Yu oświadczyła wczoraj, że przemyt narkotyków cały świat uznaje za ciężką zbrodnię. Apelowała do Londynu, by nie tworzył "przeszkód" dla lepszych stosunków. Chińskie media, które milczały w tej sprawie, przystąpiły teraz do kontrataku. Anglojęzyczny "China Daily", oficjalny organ chiński dla zagranicy, pisał na czołówce o "straceniu brytyjskiego handlarza narkotyków". Cytował członka sądu najwyższego, który potwierdził, że trybunał otrzymał od ambasady brytyjskiej i Reprieve dokumentację o zdrowiu Szaika, ale go nie przekonała. - Nie stanowiła dostatecznego dowodu, że cierpiał na chorobę psychiczną - wyjaśniał sędzia.
Brytyjczyka z walizką pełną heroiny zatrzymano dwa lata temu na lotnisku w Urumczi. Twierdził, że przyleciał do Chin z Polski przez
Tadżykistan. Przez kilka lat mieszkał w Lublinie, gdzie ożenił się i miał dwoje dzieci, ale para już dawno się rozstała (wcześniej Szaik miał żonę w Pakistanie, a z nią trójkę dzieci). Obiecywał m.in. uruchomić loty na trasie Lublin - Warszawa i wybudować wielki meczet. Skończył jako bezdomny, był notowany na policji m.in. za pogróżki. Polskie służby sprawdzały nawet, czy nie ma powiązań z terrorystami.
Gdy koczował w parkach, zainteresowały się nim lokalne gangi narkotykowe - twierdzą brytyjskie media. Mafiosi mieli namówić go na wyprawę do Chin, gdzie obiecywali pomóc w karierze muzycznej. W Tadżykistanie poprosili go o przewiezienie walizki do Urumczi - to w niej była heroina.
Dlaczego nie udało się ocalić Szaika? Niewykluczone, że kampania w jego obronie, która zaczęła się rok od aresztowania, była spóźniona. Sprawa była już wtedy głośna i w grę wchodził prestiż Chin. Coraz bardziej pewne siebie Państwo Środka nie jest skłonne przyznawać się do błędu, nawet jeśli chodzi o pomyłkę prowincjonalnego sądu w odległej prowincji.