http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Testowanie biednych

Adam Leszczyński
2010-01-01, ostatnia aktualizacja 2009-12-29 14:25

Pomysły na pomaganie biednym trzeba testować tak, jak koncerny farmaceutyczne sprawdzają lekarstwa - przekonują naukowcy z MIT

ZOBACZ TAKŻE
Jak skłonić dziewczynki, żeby chodziły do szkoły? To pytanie brzmi dziwnie w Polsce, w której - tak jak w wielu innych krajach bogatej Europy - to dziewczynki mają przeciętnie lepsze stopnie od chłopców, a od niedawna także częściej od nich idą na studia. W najbiedniejszych krajach jest zwykle odwrotnie: kilkunastoletnie dziewczynki wychodzą za mąż i zostają matkami. Od dawna wiadomo, że im później się to stanie, tym lepiej dla wszystkich. Wykształcone - nawet trochę wykształcone - kobiety lepiej dbają o swoje prawa. Mają też mniej dzieci (to w biednych krajach plus), a za to lepiej dbają o ich wykształcenie i zdrowie.

Do wczesnego macierzyństwa pchają kilkunastolatki potężne siły: tradycja i ekonomia. W wielu krajach rodzice dostają duży posag, wydając córkę wcześnie za mąż. Rodzinie męża też się to opłaca - bo zyskuje nie tylko matkę, ale i robotnicę.

Jak z tym można walczyć? Drukować billboardy? Edukować nauczycieli, żeby zachęcali dziewczęta do pozostania w szkole? Puszczać społeczne reklamy w telewizji? Te wszystkie sposoby mają jedną wadę. Nie wiadomo, czy naprawdę działają, a jeśli działają - to które działają najskuteczniej, czyli przynoszą jak najlepsze rezultaty za jak najmniejsze pieniądze.

Kilka lat temu amerykańska fundacja Innovation for Poverty Action - która zajmuje się właśnie tym, żeby w biednych krajach dziewczęta nie odchodziły przedwcześnie ze szkoły - poprosiła o radę prof. Esther Duflo, ekonomistkę z Massachusetts Institute of Technology i jedną z dwojga dyrektorów Abdul Latif Jameel Poverty Action Lab w MIT - założonego przez ekonomistów "laboratorium badań nad biedą". Duflo podsunęła im ideę eksperymentu, który może wydawać się banalny: 5 tys. uczennic ze 163 szkół podstawowych w Kenii dostało mundurek szkolny za 6 dolarów (w Kenii dzieci chodzą do szkoły w mundurkach). Obiecano im także, że za półtora roku dostaną następny mundurek. Ta obietnica zadziałała. W porównaniu z uczennicami, które nie brały udziału w eksperymencie, aż jedna trzecia mniej porzuciła szkołę (12 proc. zamiast 18 proc.). Odsetek tych, które zaszły w ciążę, spadł z 12 do 8 proc. "Spośród każdych 50 dziewczynek, które dostały darmowe mundurki, trzy zostały w szkole tylko dlatego, że je dostały, a dwie opóźniły ciążę" - napisała potem Duflo.

Dwa mundurki kosztowały w sumie 12 dolarów.

Inny eksperyment - zbiegiem okoliczności również przeprowadzony w Kenii, chociaż ekonomiści z Poverty Action Lab pracują na całym świecie - dotyczył odrobaczania dzieci.

W biednych krajach wprowadzenie bezpłatnej nauki w podstawówkach to ogromny cywilizacyjny sukces. W Kenii np. udało się to dopiero w 2003 roku i było powszechnie fetowanym narodowym osiągnięciem. Mało kto na Zachodzie jednak wie, że publiczne szkoły w biednych krajach (kiedy już są dostępne) często działają bardzo źle. Z badań Banku Światowego wynika np., że w typowym dniu szkolnym w Peru nie ma 11 proc. nauczycieli, w Bangladeszu - 16 proc., w Ugandzie - 27 proc., a w Indiach - 25 proc.

Nawet kiedy nauczyciel przychodzi do szkoły, często nie prowadzi zajęć. W Indiach np. połowa nauczycieli nie prowadzi zajęć, które powinni, chociaż są w budynku. Zamiast pracować, nauczyciele dorabiają - często zresztą wymuszając różne opłaty od bardzo biednych rodziców swoich uczniów. Warunki nauki są fatalne. Brakuje ławek, podręczników, tablic - właściwie wszystkiego. Klasy liczą po 50-60 dzieci. Mali uczniowie często chorują i nie przychodzą.

Nikt nie ma czarodziejskiej różdżki, która mogłaby to wszystko naprawić. W trakcie badań przeprowadzonych w Kenii przez prof. Michaela Kremera z MIT okazało się jednak, że istnieją proste - i tanie - sposoby na to, żeby choć trochę pomóc. Jednym z najbardziej skutecznych była prosta kuracja przeciwko pasożytom układu pokarmowego. W tropikalnych krajach cierpi na nie ponad 400 mln dzieci w wieku szkolnym: mają kłopoty z koncentracją, są anemiczne i niespokojne oraz często czują się źle i nie przychodzą do szkoły. Bezpieczna i skuteczna kuracja kosztuje 50 centów.

Badania prof. Kremera (prowadzone wspólnie z prof. Edwardem Miguelem z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley) trwały kilka lat i były wzorowane na testach, którym firmy farmaceutyczne poddają lekarstwa przed wprowadzeniem ich na rynek. Naukowcy wybrali próbkę szkół do badań losowo i skrupulatnie porównywali nieobecności w szkołach objętych programem z tymi, w których go nie było. Odkryli, że prowadzona regularnie co pół roku terapia powoduje zmniejszenie nieobecności w szkołach aż o jedną czwartą! "To oznacza, że dzieci poddane regularnej kuracji otrzymują równowartość jednego dodatkowego roku edukacji - pisał prof. Kremer. - Ponieważ lepsze wykształcenie jest związane z wyższymi dochodami, szacujemy, że w zamian za każdego dolara wydanego na leczenie pasożytów społeczeństwo zyskuje 30 dolarów".

Przy okazji udało się także policzyć, że bardziej opłaca się leczyć dzieci z pasożytów, niż zatrudnić dodatkowego nauczyciela w szkole. Wychodzi taniej, a wyniki dzieci są lepsze. Okazało się także, że dodatkowe podręczniki rozdawane dzieciom nie miały żadnego wpływu na ich wyniki w nauce.

Co dalej? Powstała już organizacja Deworm the World (Odrobacz świat) - która chce zapewnić stałą kurację 20 mln dzieci na całym świecie.

Szczepienie za fasolę

- Nie ma próbówek w tym laboratorium - mówi prof. Duflo odwiedzającym jej ascetyczne biuro w kampusie w MIT.

Dlaczego więc "laboratorium"? Bo założenia przyjmowane przez ekonomistów z MIT bardziej odpowiadają naukom ścisłym niż romantycznej wizji pomagania biednym, którą często mają organizacje pozarządowe. Także wnioski płynące z tych badań są często mało romantyczne.

Mało romantyczna okazała się odpowiedź na pytanie, jak skłonić biedne matki w Indiach do szczepienia niemowląt. Chociaż szczepienie jest bezpłatne, wiele matek nie szczepi swoich dzieci, ryzykując, że umrą albo będą kalekami. Nie wiadomo do końca dlaczego. Być może nie rozumieją związku pomiędzy szczepieniem a zdrowiem dziecka. Być może podróż do ośrodka zdrowia jest zbyt kłopotliwa i kosztowna. Okazało się jednak, że wystarczy mała (z punktu widzenia Polaka czy Amerykanina) materialna zachęta - każdej matce, która przyszła z noworodkiem do punktu szczepień, dawano w prezencie kilka kilogramów fasoli - żeby odsetek zaszczepionych noworodków wyraźnie wzrósł. Podobnie jak w wypadku mundurków kenijskich uczennic równowartość kilku dolarów okazała się wystarczającą zachętą do tego, aby radykalnie zmienić na lepsze życie swoje lub swojego nowo narodzonego dziecka. (To może mówić coś niepokojącego o naturze ludzkiej - ale ekonomiści z MIT nie wyciągają tak daleko idących wniosków; wystarczy im stwierdzenie, że ta metoda jest skuteczna).

Pierwszy morał dla tych, którzy zajmują się pomaganiem najbiedniejszym, jest więc następujący: motywacje ekonomiczne działają. Co więcej, nawet ci, którzy żyją za mniej niż dolara dziennie i często nie dojadają, mają bardzo często budżet, którym gospodarują. Według badań przeprowadzonych w 2005-06 roku w slumsach Indii, Afryki i Ameryki Łacińskiej ludzie żyjący w skrajnej nędzy nie wydają wszystkich pieniędzy na jedzenie (w zależności od miejsca od 50 do 70 proc.). Resztę wydają na rozrywki, edukację, opiekę zdrowotną. Trzeba - i tu drugi morał - stworzyć biednym warunki, aby mogli te pieniądze wydać w sposób, który poprawi życie im samym albo ich dzieciom, a więc np. na edukację, a nie na łapówki dla skorumpowanych urzędników.

Dobre maniery dla policji

Kluczem do poprawy sytuacji najbiedniejszych biednych jest więc naprawa instytucji publicznych - takich jak szkoły, policja czy służba zdrowia - które w najbiedniejszych krajach często działają tak źle, że Polakowi (cokolwiek myślimy o naszych szkołach czy przychodniach) trudno to sobie wyobrazić.

"Służba zdrowia" na wsi w Azji czy w Afryce oznacza często mały punkt z jednym pracownikiem - odpowiednikiem polskiego pielęgniarza albo felczera - który robi szczepienia, nastawia złamane kończyny i rozdaje (albo sprzedaje) pigułki na najpowszechniejsze choroby. Felczer jest opłacany przez rząd, ale często nie przychodzi do pracy. W indyjskim Radżastanie takie punkty zamknięte są - jak wynika z badań "laboratorium" na MIT - przez 43 - 56 proc. teoretycznego czasu pracy; w Ugandzie - 50 proc. Co więcej, nie sposób przewidzieć, kiedy punkt będzie otwarty. Dlatego ludzie przychodzący do felczera czekają godzinami w długich kolejkach. Często zniechęcają się i idą do znachora czy szamana, któremu muszą zapłacić - albo nie leczą się wcale.

Źródło: Duży Format
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    50 głosów

Białoruś oskarża Polskę o finansowanie zamachu stanu

Tak twierdzi reżimowa telewizja Białoruś 1. Powołuje się przy tym na sfałszowaną depeszę polskiego MSZ

Miłość w czasach internetu

W internecie łatwo znaleźć człowieka o podobnych upodobaniach i w tak zwanym "naszym typie". Jednak ta zaleta randkowania online jest jednocześnie jego największą pułapką