Nasz raport o kryzysie w naszym regionie Europy pokazuje, jak bolesne mogą być skutki zaniechania reform. Przekonują się właśnie o tym Łotysze i Węgrzy. Przez lata prosperity nie robili nic, by poprawić sytuację swoich finansów. Dopiero gdy przyszedł kryzys i musiały pożyczać pieniądze, by uniknąć zupełnego krachu, do reform zmusił je Międzynarodowy Fundusz Walutowy. - Gdyby nie przymus zewnętrzny, Węgrom prawdopodobnie nie udałoby się dalsze reformowanie finansów. A tak węgierski rząd nie tylko podnosił podatki, ale też ciął wydatki. W tym roku deficyt budżetowy na Węgrzech będzie jednym z najniższych w UE - podkreśla Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas.
Łotwa też podniosła podatki i cięła niemal na ślepo pensje urzędników, nauczycieli, a nawet emerytury.
Czytaj więcej:
Rostowski obiecuje, że będziemy wśród 5. najmniej zadłużonych państw " Lata życia na kredyt i kuglowania w statystykach zemściły się też na Grecji, której nie pomogło nawet członkostwo w strefie euro. Jesienią rząd nieoczekiwanie przyznał: deficyt budżetu wyniesie w tym roku nie 6, ale prawie 13 proc. PKB. - Albo pokonamy dług, albo dług nas pochłonie - ogłosił grecki premier. Inwestorzy giełdowi w całej UE wpadli w panikę, bojąc się, że
Grecja pogrąży mozolnie wychodzącą z recesji Unię.
Polska jako jedyna w UE nie wpadła w recesję - wciąż mamy dodatnie tempo wzrostu PKB. Produkcja rośnie jak na drożdżach, firmy coraz więcej eksportują, a pieniądze z UE napędzają inwestycje w infrastrukturę. Ale ekonomiści ostrzegają, że najgorsze, co rząd może w tej sytuacji zrobić, to spocząć na laurach. - Polska nie odczuła mocno kryzysu, a to znaczy, że może nie mieć bodźca, by po nim posprzątać. Istnieje ryzyko, że przez to wasza gospodarka zostanie w tyle - ostrzegał już na początku października na łamach "Gazety" Indermit S. Gill, główny ekonomista Banku Światowego w Europie i Azji Centralnej.
Rostowski: - Dzięki reformie finansów Polska ma szansę po kryzysie światowym być w pierwszej piątce najmniej zadłużonych krajów Europy.
Dla polskiej gospodarki także najgroźniejszy jest niekontrolowany wzrost długu publicznego, który - jeśli nie będzie reform - w ciągu kilku lat może przekroczyć konstytucyjny próg 60 proc. PKB. Wówczas trzeba brutalnie ciąć wydatki, tak jak na Łotwie i na Węgrzech. - Brniemy w dług. A rząd zasłania się tym, że jakiekolwiek reformy zostaną zawetowane przez prezydenta - ubolewa były wiceminister finansów Stanisław Gomułka.
Do reform wezwało 10 znanych ekonomistów, m.in. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes
NBP, prof. Marek Góra, współtwórca reformy emerytalnej, i dr Agnieszka Chłoń-Domińczak, b. wiceminister pracy. Apelują o zniesienie przywilejów emerytalnych, lepsze adresowanie pomocy socjalnej.
W Wigilię minister finansów Jacek Rostowski odpowiedział im na łamach "Gazety". - Ci sami politycy i ekonomiści, którzy rok temu wieszczyli nam kompletne załamanie gospodarcze, dziś nakręcają nową spiralę strachu - punktował. I zapewnił: rząd ma plan reform - wygaszenie przywilejów emerytalnych, prywatyzację i ograniczenie wzrostu wydatków budżetowych. Zrobi to, o ile prezydent
Lech Kaczyński nie będzie wetował rządowych ustaw.
- Nasz list był skierowany nie tylko do rządu, lecz do wszystkich, którzy mają wpływ na sytuację w finansach publicznych - odpowiada w "Gazecie" były członek Rady Polityki Pieniężnej Bogusław Grabowski, jeden z sygnatariuszy apelu. - Reformy będą możliwe tylko, jeśli dojdzie do ponadpartyjnego porozumienia wykraczającego poza jedną kadencję parlamentu i prezydenta.