Dziś, na koniec 2009 roku, symbolem jest dezercja w odwrotnym kierunku - ogłoszone pięć dni temu przejście kongresmana Parkera Griffitha z Alabamy z Partii Demokratycznej do Republikańskiej. Zaiste, fortuna iuvat. W styczniu Obama cieszył się średnio sympatią 64 procent rodaków, odrzucało go ledwie 19. Dziś popiera go 49, krytykuje aż 45. Jeszcze gorzej ma się jego partia.
43 do 40 Taką przewagę w sondażach mają dziś średnio Republikanie nad Demokratami. Na początku roku to Demokraci prowadzili aż 48 do 36 procent Co się stało? Kongresman Griffith tłumaczy, że "musi iść do Republikanów, bo kierownictwo Demokratów forsuje skrajnie lewicową politykę, skupia się na zwiększaniu wydatków budżetu i podwyższaniu podatków". Tak naprawdę chodzi mu o to, o co Specterowi na początku roku - skąd wieje wiatr. Ale dlaczego wieje dziś Republikanom w plecy, a Demokratom w oczy?
Powodem jest ludzki gniew - ta najpotężniejsza siła sprawcza polityki. Rok temu pchał Obamę, bo ludzie mieli serdecznie dość prawicy. Dość niekompetencji Busha, dość afer - korupcyjnych i obyczajowych - w kierownictwie Republikanów. I przede wszystkim dość kryzysu, na który rządząca prawica nie miała odpowiedzi.
Ale dziś, po prawie roku rządów Obamy, ludzie w Ameryce nadal są wściekli, źli, gniewni - wciąż na stan gospodarki i rosnące bezrobocie. A kryzys coraz mocniej staje się kryzysem Obamy, niż Busha. To nie znaczy, że Bush wraca do łask (nadal jest skrajnie niepopularny), ale Amerykanie coraz mniej rozumieją Obamę. Chcą, by skuteczniej wziął się za gospodarkę i tworzenie miejsc pracy. Jego priorytety - reformę służby zdrowia i ustawę o skierowaniu energetyki na ekologiczne tory - uważają za sprawy co najwyżej drugoplanowe, albo nawet niepotrzebne. Obama już obiecał, że "skupi się na tworzeniu miejsc pracy" gdy przepchnie wreszcie przez Kongres reformę zdrowia. Ale, po pierwsze, nie stanie się to przed lutym. A po drugie - kiedy, i czy w ogóle, recepty Obamy zaczną przynosić owoce?
Republikanie rosną w siłę nie dlatego, że mają jakieś świetne, nowe pomysły czy liderów. Wzmacnia ich polityka gniewu, która z natury rzeczy uderza we władzę. To nie jest fenomen tylko amerykański. Gniew rządził polskimi wyborami przez większość 20 lat niepodległości, wynosząc najpierw (kto je jeszcze pamięta?) partie takie jak ZChN czy PC, potem
SLD i
PSL, AWS, Samoobronę i
LPR, wreszcie
PiS i PO. A w
USA partie są tylko dwie...
Arcyciekawe są wyniki sondażu NBC mówiącego nie o poparciu dla partii, a o zaufaniu do nich. Poparcie dla Republikanów rośnie, ale nadal ufa im marne 28 proc. rodaków, a nie ufa 43. Demokratom ufa 35, nie ufa aż 45. Ale jest ruch polityczny, któremu Amerykanie ufają: to ruch protestów, zapoczątkowany latem. Ufa mu 41 procent ludzi, tylko 23 nie ufa. Ten ruch nie ma programu, celów (najbardziej konkretnym jest "mniej podatków"), a nawet przywódców (szefostwo Republikanów dopiero po jakimś czasie zaczęło zagarniać go pod swe skrzydła). Na obrzeżach tego ruchu czają się radykałowie rozdający plakaty z Obamą jako Hitlerem albo Stalinem, ale jego siłę tworzą tysiące zwykłych -wściekłych i skołowanych - Amerykanów.
Takie są dziś nastroje Ameryki - gniewne, populistyczne, antywaszyngtońskie. Jeśli takie będą za 10 miesięcy, Demokraci dostaną w wyborach do Kongresu ciężkie lanie. No chyba, że do listopada wiele się zmieni. Przecież niecały rok to dość czasu, by w polityce zmieniło się wszystko...