http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dzieci zamiast opery

Rozmawiała Ewa Furtak
2009-12-24, ostatnia aktualizacja 2009-12-23 21:55

Łukasz i Joanna mają ten sam zawód - są śpiewakami operowymi. Wrócili z kilkuletnich wojaży po Azji i zaczęli robić karierę w Bielku-Białej. Głośno było o ich musicalu "Guma balonowa". A potem nagle ucichło. Zostali zawodową rodziną zastępczą. Mieszkają z piątką przyjętych dzieci i dwoma psami. I są szczęśliwi jak nigdy wcześniej

Ewa Furtak: Czy wasza rodzina będzie się powiększać?

Łukasz Jatkowski: Ja marzę jeszcze o dwójce dzieci. Niedawno w domu dziecka w Bielsku-Białej poznałem bardzo fajnego chłopca, dwunastolatka. Świetne dziecko. Ciągle o nim myślę...

Joanna Jatkowska: Chcieliśmy go zabrać, ale okazało się, że on się nie nadaje do naszej wielodzietnej rodziny. Nie radzi sobie z relacjami w tak dużej grupie. Byłoby to niedobre dla niego i dla naszych dzieci. Musieliśmy zrezygnować.

Ile osób zasiądzie do wigilii?

Ł.J.: Tylko my i dzieci. Siedem osób to za dużo, żeby zapraszać jeszcze gości. Nie pomieścilibyśmy się przy żadnym stole. Po kolacji zajrzą do nas bliscy Asi, bo moja rodzina nie mieszka tutaj. Przyjdzie kilkanaście osób, więc będzie wesoło.

To już trzecie nasze święta z dziećmi.

Dlaczego zostaliście rodziną zastępczą?

J.J.: Kilkanaście lat temu studiowaliśmy razem na Wydziale Wokalno-Aktorskim łódzkiej Akademii Muzycznej. Już wtedy o tym rozmawialiśmy, mieliśmy te same marzenia. Ale potem wyjechaliśmy do Azji i trzeba było te plany odłożyć.

Ł.J.: Ja zawsze lubiłem dzieci. Wiele razy wyjeżdżałem na kolonie jako wychowawca. Po powrocie do Polski wróciliśmy do tamtych planów. Ale myśleliśmy, że jedyną szansą przyjęcia dzieci jest adopcja. Nie mieliśmy pojęcia, że jest coś takiego jak zawodowa rodzina zastępcza. Że można robić to, co się zawsze chciało, i jeszcze dostawać za to pieniądze.

J.J.: Myśleliśmy przez moment o rodzinnym domu dziecka. Ale to się wiąże z koniecznością wypełniania stosów dokumentów. Bycie rodziną zastępczą jest dużo prostsze. Raz w miesiącu oddajemy tylko sprawozdanie do miejskiego ośrodka pomocy społecznej.

Co sprawia wam najwięcej kłopotów?

Ł.J.: Szkoła. Dzisiaj w domach dziecka nie spotyka się właściwie naturalnych sierot. Dzieci tam trafiają, bo ich rodziny mają problemy. I te dzieci odstają intelektualnie od swoich rówieśników ze zdrowych rodzin.

J.J.: Czasem myślę, że z tymi dziećmi nikt nigdy wcześniej nie rozmawiał. Mają słaby zasób słownictwa. Byłam w szoku, gdy zorientowałam się, że nasza już dość duża dziewczynka nie wie, że mieszka w Bielsku-Białej.

Zastanawiacie się, na kogo wyrosną?

J.J.: Dla jednych sukcesem jest ukończenie studiów, dla innych zdobycie zawodu i radzenie sobie w samodzielnym życiu. Zrobimy wszystko, by nasze dzieci poradziły sobie jak najlepiej. Ale trzeba na to patrzeć realnie, trudno nadrobić wieloletnie zaniedbania.

Nasze dzieci mają mnóstwo zalet. Pękam z dumy, gdy słyszę od przedszkolanek, że Leszek jest uzdolniony plastycznie. Albo Klaudia: człowiek guma - trenuje akrobatykę sportową. Niedługo pojedzie na pierwsze ogólnopolskie zawody.

Ł.J.: A Jaś to pasjonat boksu. Muszę zapisać go do jakiegoś klubu. Bo ja nie jestem dla niego już partnerem - niedawno mnie tak "boksnął", że miałem przez tydzień spuchniętą rękę. Niech walczy z zawodowcami.

Wydaje się, że największe szanse ma Leszek. Trafił do nas jako malutkie dziecko - niewiele pamięta ze swojego poprzedniego życia.

Czy to nie jest trudne, że wasze dzieci utrzymują relacje z rodzicami biologicznymi?

Ł.J.: Nie wolno dzieciom wpajać pogardy dla rodziców bez względu na to, kim są. Ale trzeba też nauczyć je trzymania pewnego dystansu, rozpoznawać, kiedy są manipulowane. Nasze kontakty z rodzicami biologicznymi układają się wręcz wzorcowo. Dziewczynki często odwiedzają mama i babcia, czasem jeszcze ktoś z rodziny. Z tatą starszego rodzeństwa też jesteśmy w dobrych stosunkach.

Jak wygląda wasz dzień?

Ł.J.: Przed 7 wstaje to z nas, na które pada wyprawienie dzieci z domu. Trzeba przygotować śniadanie i kanapki do szkoły. Dzieci chodzą na wiele dodatkowych zajęć. Wieczorem jest trochę czasu na wspólne zabawy. Klaudia uwielbia na przykład chodzić po ścianach, trzeba ją wtedy asekurować. Zaglądają do nas znajomi. Kiedyś szukaliśmy bezdzietnego towarzystwa, bo nie mamy własnych dzieci. Teraz spotykamy się z dzieciatymi, bo nikt inny by u nas nie wytrzymał.

Macie jakiś sposób na wychowanie dzieci?

Ł.J.: Dzieci trzeba przede wszystkim kochać. Ale to nie wystarczy. Gdy jechałem po raz pierwszy na kolonie jako wychowawca, miałem 19 lat. I wizję: będę dla dzieci dobry, więc na pewno się odwdzięczą i będą mnie słuchać. Akurat! Po trzech dniach wlazły mi na głowę. Na następnym turnusie postanowiłem: będę twardy. I byłem, aż do przesady. Po trzech dniach dzieciaki mnie znienawidziły. Na kolejnym wyjeździe nie miałem już żadnego planu. Zachowywałem się normalnie. I nie było problemów. Tak samo robię teraz.

A jak dzieci do was mówią?

Ł.J.: Jesteśmy na ty. Uznaliśmy, że forma ciociu, wujku brzmi sztucznie. Ale w rozmowach z kolegami dzieci mówią o nas mama i tata. Lechu czasem do Asi mówi mamo. Jest mały, widać, że tego potrzebuje.

Wyobrażacie sobie życie bez tych dzieci?

Ł.J.: Ani minuty nie żałowaliśmy tej decyzji. Choć musiałem zmienić jedno przyzwyczajenie. Jestem strasznym pedantem, a jak w domu są dzieci, to jest wieczny bałagan.

Zostań rodziną zastępczą!
Ponad 25 tys. dzieci w Polsce przebywa w domach dziecka. A przecież dzieci potrzebują ciepła i kogoś, kto nauczy je żyć - potrzebują rodziny! Jak zostać rodziną zastępczą? Odpowiedź znajdziesz na ulotce dołączonej dziś do "Gazety".



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':