Bogdan Zdrojewski podjął decyzje o dymisjach po ujawnieniu przez prokuraturę szczegółów piątkowej kradzieży tablicy "Arbeit macht frei". Według krakowskiej prokuratury doszło do rażących uchybień w funkcjonowaniu ochrony Muzeum. Po przeprowadzonej wizji lokalnej wyszło na jaw, że pierwszy raz złodzieje próbowali ukraść tablicę po godz. 21 w poprzedni czwartek. Jeden z mężczyzn czekał w samochodzie, inny na czatach, a dwójka weszła na teren Muzeum. Przez nikogo nieniepokojeni wspięli się na bramę, ale nie byli w stanie oderwać napisu gołymi rękami. Zawrócili więc, by kupić potrzebne narzędzia. Tablicę udało się im zdjąć między północą i pierwszą w nocy, wynieść z terenu obozu, pociąć na trzy części i spokojnie odjechać. Niczego nie zauważyli strażnicy (mają być zawieszeni w obowiązkach), którzy brak tablicy spostrzegli dopiero o piątej nad ranem. Obecności złodziei nie wychwycił także muzealny monitoring.
- Wyciągnę konsekwencje służbowe w stosunku do osób, które dopuściły się rażących zaniedbań przy ochronie Muzeum Auschwitz. I nie mówię tu tylko o osobach organizujących ochronę, ale także o osobach z kierownictwa Muzeum. Na upomnieniach i naganach nie skończy się - powiedział "Gazecie" minister Bogdan Zdrojewski.
Minister podejmie decyzje wobec konkretnych pracowników, gdy zapozna się z raportem dotyczącym procedur ochrony na terenie Muzeum. Tym wątkiem interesuje się także prokuratura, która nie wyklucza postawienia pracownikom zarzutów za zaniedbania przy organizacji ochrony dawnego nazistowskiego obozu.
Dyrekcja Muzeum odpiera zarzuty.
- System ochrony był uzgadniany z policją - mówi Jarosław Mensfelt, rzecznik Muzeum. - Teren Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau jest ogromny. To prawie 200 hektarów powierzchni, ponad 150 budynków i ponad 300 ruin, kilometry ogrodzeń, wieże wartownicze, a także archiwa i zbiory. Teren jest udostępniany ponad milionowi zwiedzających, którzy co roku odwiedzają miejsce pamięci. Zabezpieczenie tak rozległego i skomplikowanego terenu jest rzeczą niezwykle trudną - dodaje rzecznik.
Krakowski sąd zdecydował wczoraj o aresztowaniu na trzy miesiące Marcina A. - piątego z podejrzanych, który miał zaplanować kradzież.
- Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów - mówi Janusz Hnatko, prokurator z Krakowa.
Śledczy zwrócili się już do jednego z krajów Unii Europejskiej, z którego pochodzi zleceniodawca kradzieży, o pomoc prawną, która ma pomóc w jego ujęciu. W najbliższym czasie ma zostać za nim wysłany europejski nakaz aresztowania. Prokuratura nie ujawnia, o mieszkańca jakiego kraju chodzi, ale nieoficjalnie usłyszeliśmy od śledczych, że to Szwed.