ON Już kiedy miałem sześć lat, wiedziałem, że istnieje rzeczywistość mistyczna i że tutaj świata nie ma sensu sobie układać. Tam czeka na mnie inna rzeczywistość, tam się spełniają marzenia. Kiedy miałem trzynaście lat, postanowiłem zostać księdzem. Rozmyślałem o tym, jak to będzie być misjonarzem w Afryce. Tam chciałem służyć Panu. Skończyłem szesnaście lat i dostrzegłem niepowtarzalność drugiego człowieka. Piękno objawione. Miałem dwadzieścia kilka i poznałem ją, urodziło się nam pierwsze dziecko, wzięliśmy ślub. Moja żona? Zawsze żyła w kłamstwie.
ONA Przyznam się panu, prosiłam Matkę Boską Dobrego Macierzyństwa, ocal mnie od dzieci, których jeszcze nie mam, oszczędź mi tego, co mnie zabija, powiem panu, jak jest, mam trzydzieści pięć lat, wykształcenie wyższe humanistyczne, żadnych relacji z ludźmi ze studiów, kontaktuję się raczej tylko z mężem, ślub koś-cielny wzięliśmy jeszcze przed konkordatem, cywilnego nie, mąż mówił, że nie chce przed urzędnikiem, dziś dla władzy jestem samotną matką, mąż pracuje na czarno, bez ubezpieczenia.
Kontaktuję się również z lekarzami, męża to denerwuje, bo mówią mi, że każda kolejna ciąża to samobójstwo, może i mają rację, mój mózg powoli umiera, najpierw zaczęła umierać ta jego strona, która odpowiada za nogi i ręce, nie chodzę, nie naleję sobie herbaty, umiera i ta odpowiedzialna za oczy, mam oczopląs, niczego już nie przeczytam, będzie umierać i ta, która włada mową, więc powiem, jak jest, póki mogę.
Ta część mojego mózgu, która odpowiada za płodność - działa bez zastrzeżeń.
Jestem codziennie w naszym kościele, ksiądz ogłosił, żeby mnie parafianie zabierali z domu i zawozili na mszę, dużo jest chętnych, obcy ludzie, codziennie punkt szósta piętnaście ktoś puka gotowy do pomocy, w naszym kościele mam mnóstwo przyjaciół, jak mi spod klatki ukradli elektryczny wózek, ksiądz ogłosił, parafianie się złożyli, mąż nie chodzi do parafii, woli do bardziej profesjonalnego kościoła, do jezuitów, dominikanów, tam się lepiej czuje, tam są kazania na jego miarę.
ON: W akademiku przychodziła do mnie i prosiła, żebym zagrał coś na gitarze. Chciała słuchać, spędzała czas ze mną, to było miłe. Była to znajomość bez specjalnej fascynacji, ale nie fascynacja jest ważna, tylko spokój. Pojechaliśmy na jakieś wesele, ale wciąż nie byliśmy parą. Znajomość na dystans. Za jakiś czas zastałem ją w łóżku z moim współlokatorem. Po kilku miesiącach okazało się, że jest w ciąży. Akurat tu nie miałem wątpliwości, że dziecko jest moje. Pojechaliśmy do jej rodziców, by powiedzieć im, co się stało. Wyjaśniliśmy, że ślub weźmiemy po narodzinach, bo welon i tak będzie kłamstwem, więc nie ma co się spieszyć. Na to jej matka położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała: - Ty już jesteś nasz.
Przeszyło mnie to do szpiku kości.
Postawiła butelkę: - Ty się możesz napić - pozwoliła mi. Swojemu mężowi przykazała: - Ty, Zenek, tylko kieliszek!
Nie byłem pewny, czy chcę brać ślub z ich córką. Mówiłem do niej: - Ja się ciebie boję, ty będziesz taka jak matka. Nie zgadzamy się w najprostszych rzeczach. Ja śpię przy otwartym oknie, ty lubisz nastawić kaloryfer na trzydzieści stopni. Ja nie lubię telewizji, ty nie możesz bez niej żyć.
Zaczął się poród. Powiedziała: - Pojadę na rowerze, przypnę pod szpitalem, potem go odbierzesz.
Pomyślałem, jakie to piękne. Tak niewiele jej trzeba. I wątpliwości mnie opuściły. Ale postawiłem dwa warunki: - Albo pięcioro dzieci i mieszkanie na wsi, albo nic z tego.
Zgodziła się, choć planowała inaczej. Wzięliśmy ślub kościelny. Załatwiłem z księdzem, żeby nam dał bez cywilnego, choć wtedy był wymagany. Chodziło mi o to, żeby ona nigdy nie mogła się ze mną rozwieść. W żaden sposób. Zamieszkaliśmy pod miastem, na wynajętym poddaszu, nad rzeką. Ona pracowała w szkole, ja zajmowałem się dzieckiem, potem drugim. Ona wracała z pracy, ja jechałem do miasta i tam w domach uczniów dawałem korepetycje. Wszystko szło zgodnie z planem. Aż do momentu, kiedy jej rodzice oświadczyli, że dość tego naszego
mieszkania na wsi. Sami urodzili się na wsi, wprowadzili się do bloku w powiecie, ta nasza wieś była dla nich degradacją. Teściowa wyjechała za granicę dorobić na zakup naszego mieszkania. Nikt mnie o zdanie nie pytał. Kupili nam dwa pokoje w wielkim mieście. Żona oświadczyła, że się wyprowadza, zabiera dzieci i że mogę do nich dołączyć.
Nastąpił we mnie efekt zamknięcia.
ONA Ostatnio modliliśmy się o uzdrowienie, do Jana Pawła, ksiądz mnie zapytał, o jakie uzdrowienie mi chodzi, pomyślałam, te moje nogi to małe piwo, niech będą, jakie są, niech raczej uzdrowi się moja rodzina, chodzi o to, że mój mąż to dobry człowiek, tylko ta sytuacja go przerasta, on daje korepetycje od rana do nocy, i sam mi o tym powiedział przy świecach, mam kogoś, mówił do mnie, kto docenił to, czego ty nie chciałaś, powiedziałam kiedyś coś w nerwach, jesteś obleśny, to były tylko słowa, mąż wie, że to nie miało znaczenia, że ja tak nie myślę, jest przecież moim mężem.
To nowe uczucie, mówił mi potem przy świecach, jest piękne, nie mogę takiej miłości odrzucić, to było jakieś dwa lata temu.
W drugą ciążę zaszłam dwanaście lat temu, jeszcze jak karmiłam po pierwszej, urodziłam, karmiłam znowu i wtedy mnie sparaliżowało, postawili diagnozę bez żadnych wątpliwości, dali sterydy i kazali prowadzić oszczędny tryb życia, tak napisali w wypisie, lekarz dodał, że ma pani już dwoje dzieci, niejeden by chciał mieć dwoje, proszę pani, żadnej ciąży więcej.
Wróciłam do sił, poszłam z pielgrzymką do Częstochowy, mąż mnie namówił, sam ze mną nie poszedł, miał jakieś inne sprawy, trzy razy po diagnozie jeszcze zdążyłam pójść do Czarnej Madonny, zawsze sama, zawsze wdzięczna, bo żyłam wtedy w przeświadczeniu, że mnie nic nie jest, żadnego oszczędnego trybu życia nie prowadziłam, zaszłam w trzecią ciążę, rozpłakałam się, mąż nie widział powodu, by mnie pocieszać, zawsze chciałem mieć dużą rodzinę, skakał z radości, Panie Boże, Bóg zapłać.