Trzech z zatrzymanych złodziei brało wczoraj udział w wizji lokalnej w byłym obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Pokazywali, jak w piątkową noc dokonali rabunku. Włamywali się dwukrotnie, napis zdjęli przynajmniej dwie godziny wcześniej, niż do tej pory sądzono.
Według informacji "Gazety" zlecenie na tę kradzież złożono na początku jesieni. Dostał je Marcin A. z Czernikowa pod Toruniem - przedsiębiorca budowlany z kryminalną przeszłością. Najprawdopodobniej od mieszkańca Szwecji. Prokuratura potwierdza jedynie, że jest nim obywatel jednego z państw Unii Europejskiej.
Marcin A. zaoferował czterem innym mężczyznom - także wcześniej karanym za drobne przestępstwa - 20 tys. zł do podziału. Na razie nie wiadomo, ile sam miał dostać od zleceniodawcy.
W ostatnią niedzielę Marcin A. i jeden ze złodziei Andrzej S. mieli skontaktować się z nim w Gdyni, gdy w samochodzie zatrzymała ich
policja. - Czterej złodzieje - kiedy zorientowali się, że sprawa zrobiła się głośna na całym świecie i jak wielkie znaczenie symboliczne ma ich łup - z dnia na dzień podnosili Marcinowi A. stawkę - słyszymy od jednego ze śledczych.
Wczoraj podczas prezentacji odzyskanego napisu policjanci ujawnili, że złodzieje pozostawili literę "I" kończącą napis. Zdjęli ją dopiero policjanci.
- Nie ujawnialiśmy tego - mówi Dariusz Nowak, rzecznik małopolskiej policji. Tłumaczy, że to pozwoliłoby na weryfikację, gdyby ktoś zadzwonił z żądaniem okupu.
Wczoraj w wizji lokalnej uczestniczyli złodzieje, którzy już przyznali się do kradzieży "Arbeit macht frei". Dwóch pozostałych odmówiło składania zeznań, w tym Marcin A. Twierdzą, że są niewinni. Wszystkich aresztowano na trzy miesiące.
Dzięki wizji lokalnej znane są już szczegóły piątkowej kradzieży. Czwórka wynajętych przez Marcina A. złodziei podjechała pod bramę dawnego obozu w czwartek ok. 18. Sam Marcin A. został w domu, kontaktował się przez telefon.
- Pierwszy raz próbowali ukraść tablicę po 21. Jeden z mężczyzn czekał w samochodzie, inny na czatach, a dwójka weszła na teren Muzeum. Wspięli się na bramę, ale nie byli w stanie oderwać napisu gołymi rękami. Zawrócili, by kupić narzędzia. Tablicę udało się im zdjąć między północą a pierwszą w nocy - relacjonuje przebieg wizji lokalnej Artur Wrona, szef Prokuratury Okręgowej w Krakowie.
Do tej pory dyrekcja Muzeum twierdziła, że kradzieży dokonano przynajmniej dwie godziny później. Wartownicy twierdzili, że widzieli tablicę jeszcze o trzeciej w nocy, o piątej mieli zauważyć jej brak. Godzinę później zawiadomili policję.
- Wizja lokalna pokazała, jak rażące były uchybienia ze strony ochrony Muzeum i jak ułomny był system zabezpieczeń. Nikt z ochrony nie zauważył osób przemieszczających się po terenie obozu, koczujących tam godzinami, a zniknięcie tablicy odkryto po wielu godzinach - dodaje prokurator Wrona.
Premier
Donald Tusk podziękował 14 policjantom ze specjalnego zespołu za szybkie odzyskanie napisu "Arbeit macht frei". Jak dowiedziała się PAP, dostaną oni m.in. nagrody od ministra spraw wewnętrznych.