Francja odpowiedziała oburzeniem, a w powietrzu zawisła wojna celna. Prasa po obu stronach granicy pisze, że stosunki między krajami nigdy jeszcze nie osiągały tak niskiej temperatury.
Wszystkiemu winien jest Hervé Falciani, 38-letni informatyk z genewskiej centrali brytyjskiego giganta HSBC. Niecałe dwa lata temu postanowił włamać się do bankowej bazy danych i skopiować dane o klientach, a potem sprzedać je temu, kto da więcej.
Pierwsza faza planu poszła znakomicie i na początku 2008 r. Falciani umieścił skradzione dane na serwerze w Kanadzie. Były to numery kont, dane ich właścicieli, ich historie bankowe, a nawet profile inwestycyjne. Oficjalnie mówi się o 130 tys. plików, ale szwajcarska prasa pisze, że Falciani mógł ich ściągnąć kilka razy więcej. Dane dotyczyły ludzi i instytucji z całego świata. Byli na niej obywatele Kolumbii, chińskie firmy i urzędy, a także wielu Europejczyków. Falciani założył też w Hong Kongu lipną firmę, na której konto zamierzał przelać pieniądze ze sprzedaży bazy.
Trzeba było jeszcze znaleźć kupca. W tym celu Falciani wybrał się z kochanką aż do Libanu, ale tam zaczęły się nim interesować tajne służby. Gdy okazało się, że Falciani jest zwykłym złodziejem, Libańczycy poinformowali o tym szwajcarskich kolegów.
Równo rok temu po powrocie do Szwajcarii informatyk trafił za kratki z zarzutem kradzieży danych. Po kilku dniach wyszedł z aresztu za kaucją i uciekł do Nicei. Gdy do
mieszkania, w którym się ukrywał, wkroczyli francuscy policjanci z wystawionym przez Szwajcarów międzynarodowym listem gończym, ich uwagę przykuł laptop. Eksperci szybko złamali kody zabezpieczające i na monitorze ukazały się wpisy z bazy danej HSBC.
Zawartość laptopa przesłano do ministerstwa finansów w Paryżu. W tym momencie pojedyncze przestępstwo zamieniło się w międzynarodową aferę.
Francuski fiskus w sierpniu tego roku zaczął wyłapywać na liście własnych obywateli, którzy w HSBC założyli konta - w sumie 3 tys. osób. Gdy dowiedzieli się o tym Szwajcarzy, wybuchła awantura.
Według Berna dane z laptopa wpadły w ręce francuskich śledczych nielegalnie, więc nie wolno ich używać w śledztwach. Francuzi wzruszyli na to ramionami, a inspektorzy fiskusa dalej wzywali właścicieli kont do składania wyjaśnień, łamiąc przy tym szwajcarską tajemnicę bankową.
W zeszłym tygodniu Berno nie wytrzymało. Prezydent Hans Rudolf Merz oświadczył, że przez upór Francuzów nie ratyfikuje umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, które umożliwiało Paryżowi dostęp do informacji o szwajcarskich kontach ich obywateli. Porozumienie wynegocjowano na początku roku. Na zwrot skradzionych danych Szwajcarzy dali Paryżowi czas do świąt.
W odpowiedzi francuski senat postanowił wpisać Szwajcarię na czarną listę rajów podatkowych. Oznaczałoby to sankcję, m.in. wprowadzenie 50 proc. podatku na transakcje finansowe prowadzone ze Szwajcarami. Aby do tego nie dopuścić Paryż zawiesił prace nad przyszłorocznym budżetem (w nim miały być wpisane sankcje). Po kilkudniowych nerwowych negocjacjach Francja zgodziła się zwrócić bazę danych. Szwajcarzy odtrąbili sukces, ale na chwilę.
Wczoraj okazało się, że Paryż zatrzyma sobie kopię. Awantura rozkręca się więc na nowo. - Nic jeszcze nie wygraliśmy, a Francuzi mają nas w garści - pisze "Basler Zeitung". Prasa przypomina, że to nie pierwszy zatarg o szwajcarską tajemnicę bankową. Na początku roku informacji o kontach swoich obywateli żądały
USA i
Niemcy. Szwajcarzy w obydwu przypadkach odmówili.
Sam Falciani, który pomagał francuskiemu fiskusowi rozeznać się w bankowych danych, twierdzi, że padł ofiarą intrygi. Jak mówi dziennikarzom "Le Figaro", listę klientów ukradł, by wyrównać rachunki z bankiem, który jego zdaniem traktuje ludzi jak alfons.