Dokładnie 20 lat temu czekaliśmy na strzał startera, który miał obwieścić początek wielkiej pogoni za normalnym światem. Leszek Balcerowicz przedstawił swój plan, czyli zbiór reguł, które były - w owych czasach - rewolucyjne, choć dziś wydają się zupełnie normalne.
Ot, że będzie polską walutą
złoty, nie dolar. Że kredytu już nie będzie się brało, a potem spłacało taniej. Nie - trzeba będzie oddać więcej pieniędzy, niż się pożyczyło. Że fabryki muszą produkować to, co ludzie będą chcieli kupić, a nie to, dzięki czemu można zużyć dużo surowca. Pamiętam, że nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie się zdecydują, a także kiedy wreszcie przestaną (ale to już nie Balcerowicz) pochylać się nade mną i współczuć głęboko, że takie okropne rzeczy chcą mi zrobić. Zupełnie tak, jak by był jakiś wybór. Nie było wyboru! Albo kapitalizm, natychmiast, albo koniec.
Ciekawostką było, że wprowadzali kapitalizm tajny. Pod pseudonimem "społeczna gospodarka rynkowa" z solennym podkreśleniem, że społeczna właśnie. To wyglądało na zabieg propagandowy zapożyczony od komunistów, którzy do swoich wynalazków stosowali przymiotnik niwelujący, czyli przymiotnik "socjalistyczny/-a/-e". Każdy rzeczownik opatrzony tym przymiotnikiem tracił swój przyrodzony sens i stawał się własnym przeciwieństwem. Demokracja socjalistyczna oznaczała całkowity brak demokracji. Socjalistyczna sprawiedliwość - jak wyżej.
Nasi, tuż przed wprowadzeniem kapitalizmu, a nawet jeszcze przez pierwszych kilka lat po wprowadzeniu, nie odważyli się ani razu użyć słowa "kapitalizm", zawsze to była społeczna gospodarka rynkowa. Społeczna, że niby jakiś nowy rodzaj kapitalizmu, który nie jest kapitalizmem. Tak więc wchodziliśmy 20 lat temu w świat normalny przy akompaniamencie zapewnień, że on nie będzie taki zupełnie normalny, pozostanie jednak trochę nasz znajomy, socjalistyczno-paranoiczny, choć jednocześnie, samo przejście będzie jednym wielkim pasmem wyrzeczeń.
Wyrzeczenia - to było najpopularniejsze słowo okresu transformacji. Nasuwało mi się wtedy uparcie niepoprawne politycznie pytanie: przepraszam, a czegóż to społeczeństwo się wyrzeka? Bo może jednak dalszego, szybko postępującego upadku kraju się wyrzeka? Pełnego bankructwa Polski się wyrzeka, które - gdyby nie plan Balcerowicza - dotknęłoby boleśnie wszystkich, i to znacznie boleśniej niż prokapitalistyczna reforma?
Rzecz jasna to tylko gdybanie. Nie mogę twierdzić z całą pewnością, że zbankrutowalibyśmy. Nie mam tej wiary w potęgę swego umysłu co Grzegorz Kołodko, który zaproszony do
TVN 24 w zeszły czwartek, czyli w 20. rocznicę przedstawienia planu Balcerowicza w Sejmie, stwierdził, że plan był zły, i zasugerował, że gdyby on, Kołodko, robił reformę, to przeciętna pensja dziś wynosiła by nie 3,4 tys. zł, ale 5 tys. zł.
Życzę wszystkim jutro pod choinkę podobnej wiary w siebie, z tym, że opartej jednak na realniejszych podstawach.