Najpierw wpis w blogu (sobota, godz. 8), potem SMS do mec. Jacka Kondrackiego - tak
Janusz Palikot poinformował, że nie będzie toczył dwóch cywilnych procesów z wydawcą "Dziennika" i jego byłym naczelnym Robertem Krasowskim.
Wystąpił z pozwami za publikacje z lata, jakoby ukrył pieniądze w rajach podatkowych i dostaje pożyczki od spółki z adresem skrzynki pocztowej na Cyprze oraz jakoby miał wpływać na przetargi wygrywane przez znajomego w "urzędach i samorządach, w których rządzi PO".
W pierwszym z pozwów żądał rekordowych 10 mln zł zadośćuczynienia - kwoty nieznanej w procesach o ochronę dóbr osobistych (w drugim 50 tys. zł).
W blogu Palikot wyjaśnił, że cofa pozwy, bo Wojciech Cieśla "skompromitował się tekstami w sprawie rzekomych nielegalnych pożyczek z Kajmanów". Palikotowi chodzi o wywiad pomyłkę, za który SDP przyznało Cieśli tytuł hieny roku. Dziennikarz myślał, że rozmawia z bankowcem, w rzeczywistości dzwonił do socjologa o tym samym nazwisku.
Cieśla na to: - Palikot znalazł pretekst i uciekł przed opowiedzeniem w sądzie o źródłach swoich pożyczek.
Mec. Maciej Łaszczuk, pełnomocnik byłego naczelnego "Dziennika": - Z wizerunkowego punktu widzenia to dobre posunięcie: dostrzegając zagrożenie, minimalizuje ryzyko.
Palikot tłumaczy, że kończąc spór sądowy, oszczędzi czas i pieniądze. Ciekawe, ile warta jest godzina jego czasu? Bo w dwa pozwy włożył 150 tys. zł: 100 tys. wpisu w pierwszej sprawie, 3 tys. w drugiej, zapłaci też koszty sądowe: 30 240 i 15 840 zł. Ile wziął mec. Kondracki? Nie wiemy, ale zdradził, że gażę "bierze z góry".