Miesiąc temu, po powrocie z modlitwy w meczecie, 58-letni prezydent został odwieziony do saudyjskiej Dżiddy, gdzie od lat leczy się w tamtejszym szpitalu im. króla Fajsala. Lekarze i urzędnicy po raz pierwszy przyznali, że Yar-adua jest chory - tym razem zawiodło serce. Poprzednie wyjazdy na zagraniczne kuracje zbywali komunikatami dementującymi plotki o chorobach czy śmierci głowy państwa.
We wrześniu, kiedy prezydent odwołał wyjazd na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ i zamiast do Nowego Jorku pojechał do Dżiddy, jego sekretarz tłumaczył, że Yar-adua nie mógł odmówić saudyjskiemu królowi, który zaprosił go na uroczyste otwarcie nowego szpitala. W sierpniu 2008 r. podróż na leczenie do Arabii Saudyjskiej urzędnicy nazwali pielgrzymką. Kiedy jeździł na leczenie do Niemiec, urzędnicy nie mówili nic.
Z powodu zdrowia Yar-adua musiał przerwać nawet kampanię przed wyborami w 2007 r. Aby zaprzeczyć plotkom, że umarł, jego poprzednik i polityczny mecenas gen. Olusegun Obasanjo występował za niego na wiecach. Wydzwaniał wtedy do Yar-aduy z telefonu komórkowego, by wyborcy przekonali się, że kandydat na prezydenta żyje.
Yar-adua przyznawał, że od dziecka był chorowity, niedomagał poważnie na nerki, ale zapewniał, że wyzdrowiał. By dowieść, jak znakomicie się czuje, wyzywał swoich przeciwników na mecze w squasha.
Nigeryjczycy chętnie wierzyli w te zapewnienia, widząc w skromnym i pobożnym nauczycielu chemii nadzieję na pierwszego dobrego władcę, pierwszego prezydenta legitymującego się dyplomem wyższej uczelni i pierwszego, na którym nie ciążyły oskarżenia o złodziejstwa i kumoterstwo.
Yar-adua powoli przystąpił do porządkowania liczącej ok. 150 mln mieszkańców Nigerii uchodzącej za uosobienie złodziejstwa, bałaganu, upadku i zmarnowanych szans. Przebogata w ropę naftową została rozkradziona przez kolejnych wojskowych dyktatorów (ich rządy przerwały w końcu wolne wybory w 1999 r.) i zamiast być afrykańskim bogaczem, stała się biedakiem.
Nowy prezydent wydał wojnę korupcji, wyrzucał z pracy sprzedajnych urzędników czy sędziów. Przymierzał się do zmiany prawa, chciał ściągnąć zagranicznych inwestorów. Na światowych rynkach wzrosły ceny ropy, a znajdująca się w stanie klinicznej śmierci gospodarka znów zaczęła się rozwijać.
Na odważniejsze zmiany nie pozwoliło zdrowie Yar-aduy. Zaniepokojone gazety zaczęły publikować na pierwszych stronach fotografie prezydenta, by pokazać, jak niebezpiecznie chudnie, jak twarz mu szarzeje. W końcu urzędnicy zabronili fotografom zbliżać się do głowy państwa.
Najnowsza choroba prezydenta wywołała w Nigerii kolejną falę pogłosek. Nigeryjski ambasador w Arabii Saudyjskiej nie nadąża z zapewnieniami, że prezydent nie tylko żyje, ale i czuje się coraz lepiej i wkrótce wróci do kraju. Gazety jednak alarmują, że tym razem Yar-adua pozostanie na leczeniu dłużej, kilka miesięcy, a być może trzeba go będzie przenieść z Dżiddy do Niemiec lub
USA.
- Niech leczy się za granicą tak długo, jak chce, ale wpierw niech złoży urząd - zażądało w otwartym liście pół setki znanych polityków, dygnitarzy, prawników, obrońców praw człowieka i intelektualistów, przekonując, że ciągła nieobecność prezydenta paraliżuje państwo. Złożony chorobą prezydent nie przedstawił w parlamencie budżetu na 2010 r., nie powołał sędziów, nie podpisał upływających z końcem roku kontraktów na wydobycie ropy przez zagraniczne koncerny.
Do wezwań do dymisji przyłączyła się ochoczo opozycyjna partia Kongres Czynu, domagając się, by Yar-adua przekazał urząd wiceprezydentowi Goodluckowi Jonathanowi, który dokończyłby kadencję upływającą w 2011 r. Rząd odrzucił te żądania, przypominając, że mimo chorób i zagranicznych kuracji Yar-adua przez osiem lat był gubernatorem Katsiny. - Teraz też wyzdrowieje i nie tylko dokończy kadencję, ale i będzie ubiegał się o następną - zapewnia jeden z prezydenckich zauszników senator Mohammed Abba Aji.
Nigeryjska konstytucja stanowi, że jeśli prezydent nie jest w stanie sprawować władzy z powodu choroby czy choćby wyjazdu na wakacje, koniecznie musi zakomunikować to w specjalnym liście do przewodniczących obu izb parlamentu, a wtedy ster władzy przejmuje wiceprezydent. - Dopóki prezydent nie napisze listu, w którym zrzeknie się władzy, będzie ją sprawował, gdziekolwiek by był - twierdzi minister sprawiedliwości Michael Kaase Aondoakaa.
Zausznicy prezydenta zapewniają, że pod jego nieobecność rząd doskonale daje sobie radę, a w sprawach, w których władny wydać decyzję jest tylko prezydent, dokumenty do podpisu wozi mu do Dżiddy żona.
Ustąpić schorowanemu prezydentowi nie pozwalają muzułmańscy krajanie. Według niepisanej zasady władza w kraju ma być sprawiedliwie sprawowana na zmianę przez muzułmanów z północy kraju i chrześcijan z południa. Po ośmiu latach panowania Obasanjo (1999-2007) przyszła kolej na muzułmanów - ich przedstawiciel ma rządzić do 2015 r.
Gdyby Yar-adua umarł, do końca kadencji zastąpi go wiceprezydent Goodluck Jonathan, chrześcijanin z przebogatej w ropę naftową delty Nigru. Jej przedstawiciele nigdy dotąd nie rządzili krajem, za to narzekając na dyskryminację pod koniec lat 60., próbowali bez powodzenia secesji zakończonej krwawą wojną i śmiercią ponad miliona ludzi.
Przywódcy północy gotowi są w ostateczności zgodzić się, by pozbawiony politycznych wpływów i ambicji Jonathan dokończył kadencję Yar-aduy, a w wyborach w 2011 r. oddał władzę północy. Obawiają się jednak, że na prezydenckim fotelu Jonathan nabierze siły oraz znaczenia i może wcale nie zechcieć ustąpić. Zabezpieczeniem miałby być zawczasu podpisany i niedatowany list Jonathana, w którym składa on rezygnację ze stanowiska wiceprezydenta. List zostałby ogłoszony tylko w wypadku śmierci prezydenta Yar-aduy, a wtedy, zgodnie z konstytucją, władzę przejąłby przewodniczący senatu tylko po to, by w ciągu trzech miesięcy przeprowadzić elekcję nowego prezydenta.
Plan został zagrożony przez partyzantów i piratów z delty Nigru, którzy na wieść, że ich rodak Jonathan miałby zostać zmuszony do złożenia urzędu, zagrozili wojną domową. - Chcemy ostrzec rząd w Abudży i samego wiceprezydenta Jonathana, że jego dymisja może oznaczać wojnę i secesję delty Nigru - ogłosili partyzanccy komendanci i szefowie watah piratów plądrujących roponośne dorzecze Nigru.
W sobotę partyzanci z delty Nigru ostrzelali z karabinów i granatników rurociąg naftowy w okolicach miejscowości Abonemma, naruszając rozejm zawarty pod koniec października z Yar-aduą. Oświadczyli, że chcą w ten sposób ostrzec rząd, by nie wykorzystywał nieobecności prezydenta do przeciągania rozmów w sprawie sprawiedliwszego podziału zysków z ropy naftowej.