W sobotę Demokraci, partia prezydenta, ogłosili, że zapewnili sobie potrzebne do przegłosowania reformy 60 głosów w 100-osobowym Senacie
USA. Kilku centrowych senatorów demokratycznych od tygodni odmawiało wsparcia ustawy, ale w ostatnich dniach uzyskali od kierownictwa partii to, co chcieli - Biały Dom zrezygnował z powołania ubezpieczyciela państwowego, który miał konkurować z prywatnymi. Drugą kontrowersją była kwestia finansowania aborcji - prawdopodobnie kompromis będzie polegał na tym, że poszczególne stany będą mogły zastrzec, że aborcja nie może być finansowana ze ubezpieczeń współfinansowanych przez państwo.
- Po prawie stu latach starań jesteśmy o krok od urzeczywistnienia reformy służby zdrowia - mówił w sobotę uradowany Obama. Nowa ustawa ma umożliwić ubezpieczenie dodatkowych 30 milionów Amerykanów (dziś bez ubezpieczenia jest 46 milionów) - państwo ma dopłacać do ich polis. Prawie 900 miliardów dolarów, które są na to potrzebne w najbliższej dekadzie ma pochodzić w połowie z podwyżek podatków, a w połowie z oszczędności w państwowym systemie zdrowotnym dla emerytów Medicare. M.in. dlatego ustawa jest niepopularna - według średniej z sondaży z ostatniego tygodnia popiera ją tylko 38 wyborców, a 52 proc. nie chce jej uchwalenia.
Republikanie w całości sprzeciwiają się reformie, 2100-stronicową ustawę, do której Demokraci w sobotę dorzucili jeszcze 383 strony poprawek, szef Republikanów w senacie Mitch McConnell nazwał w sobotę "monstrum". W praktyce opozycja nie może jednak nic zrobić, by zablokować ustawę. Wersja Senatu zostanie prawdopodobnie przegłosowana w Wigilię. Ponieważ różni się ona znacznie od przegłosowanej wcześniej wersji Izby Reprezentantów, wspólna komisja obu izb Kongresu uzgodni na początku stycznia wspólną, ostateczną wersję.
Barack Obama ma spore szanse, by podpisać ustawę w okolicach 1. rocznicy swej prezydentury 20 stycznia.
Dużo gorzej wyglądają natomiast perspektywy przegłosowania drugiej firmowej inicjatywy Obamy - ustawy ekologicznej, zmieniającej całą energetykę USA. Jej prawdopodobnie nie uda się w Kongresie przegłosować.