Należałoby napisać płomienne wezwanie z użyciem telewizyjnych słów typu "niezwykła aktywność". Wyrazić zachwyt nad "mobilizacją opinii publicznej" Wolę popatrzeć trzeźwo.
Poparcie dla parytetu w sondażu "Gazety" deklarowało 70 proc. kobiet i 52 proc. mężczyzn, kilkanaście milionów dorosłych Polaków. A zbierzemy - jeśli zbierzemy - 100 tys.
Żałośnie mało, zwłaszcza w porównaniu ze 161 tys. pod projektem, by karać za in vitro. Poparcie dla tamtej inicjatywy jest marginalne, ale aktywność obywatelska bezwzględnych obrońców Życia i Cnoty większa. No i korzystali ze wsparcia Kościoła: parafii, diecezji, katolickich mediów.
Na czerwcowym Kongresie Kobiet wydawało się, że Pałac Kultury nie wytrzyma eksplozji kobiecej energii - od warszawskich feministek przez biznesmenki i działaczki związkowe aż po sołtyski. Ale wytrzymał, a energia rozeszła się po kościach.
Doceniam poświęcenie kilkuset kobiet i może kilkudziesięciu dzielnych mężczyzn, którzy trochę na wariata zerwali się do aktywności i podpisy zbierali. Ale liberalna część opinii publicznej, w tym środowiska feministyczne, pokazała słabość.
Gorzej, że parytet jest przez wiele osób nawet z tych kręgów traktowany jako postulat namolny, obsesyjny, czy wręcz komiczny.
Tymczasem rzecz jest poważna. Można parytet kwestionować jako sposób na popędzanie demokracji, ale chodzi o nadrobienie paskudnego zaniedbania, jakim są gorsze szanse kobiet. Nie tylko w polityce. Połowa kobiet na liście oznaczałaby zmianę w partyjnym myśleniu - kandydatki trzeba by potraktować równie poważnie jak kandydatów.
Parytet ma jednak przede wszystkim wymowę symboliczną, jest odbierany - z entuzjazmem, nadzieją, ironią czy wrogością - jako wyraz aspiracji kobiet w całym życiu publicznym i zawodowym.
Błędne koło polityki polega na tym, że na straży marginalizacji kobiet stoją przepisy prawa pracy, którymi Sejm nie chce i nie potrafi się zająć. Skazują kobietę na długą przerwę w życiorysie zawodowym po urodzeniu dziecka. I dlatego - jak wszędzie tam, gdzie są takie przepisy - Polki nie chcą rodzić. Na kobietę przypada 1,3 dziecka, drugie miejsce w Europie. Od końca.
Grozi nam zapaść demograficzna, której żadna fala imigracji nie uratuje. Zwłaszcza że tu też nie jesteśmy zbyt otwarci.
Kto będzie, szanowni ironiści, zarabiał na wasze emerytury?
Te same męskie uśmieszki widziałem, gdy walczyliśmy o prawa kobiet w szpitalach położniczych. Jęk szedł - nawet po redakcji "Gazety" - "znowu o tych porodach". Po latach wszyscy są dumni z akcji "Rodzić po ludzku", a wielu macho-ojców godzinami opowiada kolegom przy piwie, jak to rodzili z żoną...
Co stoi za tą nerwową ironią? Może jednak lęk przed utratą władzy? Naruszeniem nawyków? Tak poważnie: rozejrzyjcie się dookoła, gdziekolwiek pracujecie - kto rządzi? I czy zawsze ta płeć, która rządzi, na to zasługuje? Kto awansuje i dlaczego? Kto jest ambicjonerem, a kto ciężko pracuje i kładzie uszy po sobie?
I ostatnie pytanie. A jeżeli w weekend nie uda się zebrać brakujących podpisów? Jak będziemy się czuli? Zwolennicy Polski otwartej i europejskiej czy obrońcy ojcowizny, którzy lubią rechotać, że słowo kobieta pochodzi od kobyły? Wrażliwi na los słabszych grup? Czy raczej zwolennicy władzy spoczywającej w odpowiedzialnych męskich dłoniach?
Źródło: Gazeta Wyborcza