http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ludzie pana przeklinają

Aleksandra Klich
2009-12-18, ostatnia aktualizacja 2009-12-18 19:29

Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni - tak samo bezradni. Piszą listy: "Co z tego, że w sklepach jest towar, jak nas nie stać na wyżywienie rodziny za miesięczną pensję?"

Luty 1990, Warszawa, posiedzenie rządu, od lewej: Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki, Leszek Balcerowicz
Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta
Luty 1990, Warszawa, posiedzenie rządu, od lewej: Jacek Kuroń, Tadeusz...
1990 r. Leszek Balcerowicz zarządził tzw. wewnętrzną wymienialność złotego. Ustalono kurs sztywny na 9500 starych złotych (0,95 zł po denominacji).
Fot. Mieczysław Michalak / AG
1990 r. Leszek Balcerowicz zarządził tzw. wewnętrzną wymienialność złotego...
"W przededniu Nowego Roku polskie społeczeństwo piło, śpiewało i tańczyło na ulicach, ponieważ świętowało rok, który przyniósł koniec dominacji komunistycznej. W dniu Nowego Roku obudziło się kompletnie trzeźwe" - piszą Rick Thomas i Andrzej Wiecko w "Newsweeku".

2 stycznia 1990 r. w drodze do ministerstwa Leszek Balcerowicz zerka do sklepów. A tam kto żyw poluje na towary po starych cenach. W warszawskim Sezamie została tylko mąka krupczatka. Cukier przychodzi następnego dnia, już w nowej cenie - 7 tys. zł za kilo. Rok wcześniej kosztował 165 zł. Ekspedientki szepczą przerażone, że kurczaki i schab będą po 20 tys. za kilo: - Ludzie nas pozabijają!

Na stacjach benzynowych zamiast: "do pełna", słychać: "pięć litrów proszę". W lubelskim wydziale komunikacji leży już 10 tys. tablic z wyrejestrowanych samochodów. Kurs taksówką z jednego końca Warszawy na drugi kosztuje 25 tys. zł - tyle, ile do niedawna ekspres do Zakopanego. Kwiaciarki narzekają: - Się wycwanili i kupują jedną gerberę z przybraniem!

Solidarnościowa banda

Miało być tak: ceny poszybują w górę, pensje przestaną rosnąć, kredyty będą drogie. Wypali się pusty pieniądz, inflacja się zmniejszy. Firmy, uwolnione ze smyczy państwa i skuszone perspektywą zysku, zaczną produkować dobre towary. Półki się zapełnią, znikną kolejki, ceny po pewnym czasie się ustabilizują. Stały kurs waluty da ludziom poczucie bezpieczeństwa. Współpracownicy podsuwają Balcerowiczowi raporty ze sklepów i targowisk: - Ceny rosną jak oszalałe! Zakładał, że wzrosną o 45 proc. Wzrosły o 78 proc.!

Pod koniec stycznia w całym kraju jest już 60 tys. bezrobotnych. Dwanaście razy więcej niż miesiąc wcześniej. W lutym okaże się, że produkcja spadła nie o 5 proc., ale o 30!

Waldemar Kuczyński, doradca premiera Tadeusza Mazowieckiego: - Było gorzej, niż przewidywaliśmy. Sądziliśmy, że załamanie produkcji i eksplozja bezrobocia będą niższe. Listonosz znosi do ministerstwa skargi z całego kraju. "Panie Balcerowicz, zwracam się do pana jako herszta tej solidarnościowej bandy rozbójniczej, która dzięki naiwności społeczeństwa dorwała się do koryta i władzy. Prowadzicie politykę eksterminacji narodu. To nie jest żaden program uzdrowienia gospodarki, tylko ludobójstwo" - pisze A.K. z Warszawy. Jerzy Koźmiński, szef sztabu Balcerowicza, nie daje takich listów szefowi do czytania. Co się dzieje? Kiedy te ceny wreszcie zaczną spadać?

Pocałunek masarza

Kwadrans przed godz. 21 w sobotę 27 stycznia Mieczysław Rakowski, ostatni pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, zarządza: "Sztandar wyprowadzić". W poniedziałek po korytarzach Urzędu Rady Ministrów niesie się dobra nowina: "Jaja staniały!". Balcerowicz nie wierzy: - Chcą mnie pocieszyć. W napięciu czekają dwa dni. Faktycznie, jajka kosztują w sklepach i na bazarach mniej niż na początku stycznia. Po kilku dniach przestają rosnąć ceny mleka, masła, chleba.

Kuczyński: - Pamiętam szaleńczą radość po trzech nerwowych tygodniach, gdy wszyscy - krewni, znajomi, gazety - skakali na nas: coście najlepszego narobili. A tu proszę, mieliśmy rację. Reforma działa! Balcerowicz zabiera współpracowników na pizzę. Pierwszy raz od września nie rozmawiają o popiwku, indeksacji i prywatyzacji.

Co kilka dni idzie na miasto, żeby sprawdzić, co nowego. Kupuje skarpety od handlarzy, którzy rozkładają towar na polowych łóżkach. Gdy przechodzi obok nowo otwartego sklepu mięsnego przy pl. Unii Lubelskiej, właściciel wciąga go do środka, częstuje kiełbasą: - Panie, dzięki panu mam ten sklep! - i całuje w czoło uszczęśliwiony.

Sklepy powoli się zapełniają: wędlinami, bananami, pomarańczami, szprotkami w oleju, lalkami Barbie, prawdziwą czekoladą. Kuczyński: - To były pierwsze sygnały, że w Polakach tkwią rynkowe nawyki. Socjalizm ich nie stłumił. Nie brakuje ani jedzenia, ani węgla. Polacy nie spekulują też dolarami - rząd nie musiał sięgać do miliarda dolarów zebranego w funduszu stabilizacyjnym.

Polacy nie dowierzają, że żyją już w innym systemie. Zofia, emerytowana urzędniczka, zapomina, że może co kilka dni kupić kawałeczek wędliny. Gdy wchodzi do rzeźnika, cieszy się, że "trafiła" i kupuje kilogram: - Gdy po raz pierwszy weszłam do sklepu, który wyglądał prawie jak przed wojną, bez opamiętania wydałam całą mężowską rentę.

Bo będzie jak w Argentynie

"Polityka" pyta dyrektorów wielkich zakładów, jak sobie radzą. W tarchomińskiej Polfie przyznają ponuro: - Jesteśmy kandydatem na bankruta. W Ursusie - rozpacz. Dyrektor łódzkich zakładów bawełnianych Uniontex żali się: "Od lat dusi się tę inflację i dusi, a ona sobie chwali... Trudno mi uwierzyć, że tym razem się uda".

Nie potrafią odnaleźć się w nowej, rynkowej rzeczywistości. W sklepach: brzydkie meble, źle skrojone bluzki, szarobure kombinezony dziecięce. Dyrektorzy wciąż wierzą, że wszystko się sprzeda, i windują ceny. Ludzie jednak nie kupują.

- Państwo musi nam pomóc - mówią dyrektorzy podczas targów poznańskich. - Potrzebujemy tanich kredytów i obniżenia podatków. Ludzie chcą też podwyżek pensji.

- Nie ma mowy - odpowiada Balcerowicz. Boi się, że gdy popuści wędzidło, ceny znowu zaczną rosnąć i będzie jak w Argentynie, gdzie inflacja wracała kilka razy. Trzeba zmusić firmy do konkurencji. Jak? Od lipca obniża stawki celne na import.

Półki zapełniają się towarami ze wszystkich stron świata, a dyrektorzy polskich firm narzekają: - Zniszczy nas obcy kapitał!

Balcerowicz powtarza: chodzi o to, żeby polskie firmy produkowały dobre i tanie rzeczy. Takie, które wygrają rywalizację z towarami zagranicznymi. Teraz klient jest panem. 20 lat później Polfa nadal będzie produkować lekarstwa, Ursus - traktory i ciągniki. Uniontex upadł.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':