Kradzież była dokładnie zaplanowana. Złodzieje wiedzieli, kiedy zdjąć tablicę, by nie natknąć się na obchód strażników z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Jeszcze o trzeciej w nocy wartownicy widzieli napis. Dwie godziny później - podczas kolejnego obchodu - już nie. Sprawcy -
policja podejrzewa że było ich dwóch lub trzech - sprawnie zdjęli napis z bramy i przeciągnęli kilometr od bramy, na przeciwległą stronę dawnego obozu.
- Z jednej strony napis został odkręcony, z drugiej wyrwany. Pies tropiący doprowadził przewodnika do ogrodzenia, w którym była dziura. Na śniegu złodzieje pozostawili ślady szerokie na ponad cztery metry, taką właśnie szerokość ma tablica, co wskazuje na to, że napis był ciągnięty po śniegu. Pies tropiący doprowadził funkcjonariuszy do ulicy przylegającej do obozu, tam trop się urwał. Prawdopodobnie w tym miejscu na złodziei czekał już w gotowości
samochód - relacjonuje Katarzyna Cisło z małopolskiej policji.
Monitoring obozu nie zarejestrował samego momentu kradzieży, bo przy bramie zainstalowano jedynie kamerę internetową, która nie nagrywa obrazu. Jest za to nagranie z kamer przemysłowych, które uchwyciły moment przeciągania napisu. Nie wiadomo jednak, czy nagranie pomoże w ujęciu sprawców, bo z powodu mroku zdjęcia nie są wyraźne.
Policja wprowadziła blokady dróg w rejonie Oświęcimia. Policjanci z długą bronią zatrzymują
samochody do kontroli.
- To nie była przypadkowa kradzież. Sprawcy musieli być dobrze przygotowani: wiedzieć, jak wejść na teren placówki i jak zdjąć symbol - ocenia rzecznik Muzeum Auschwitz-Birkenau Jarosław Mensfelt. - To nie mieści w głowie, by ukraść taką rzecz z takiego miejsca. To zrobił ktoś, kto wiedział, co chce zrobić. Musiał wiedzieć, jak wejść na teren muzeum, jak zdjąć napis i jak chodzą strażnicy. Złodziej musiał się dobrze przygotować.
Według rzecznika obozu tablica z jednej strony została odkręcona, a z drugiej oderwana.
Śledczy biorą pod uwagę możliwość zlecenia kradzieży na zamówienie, choć rozważana jest także hipoteza, że sprawcami są pospolici "złomiarze".
Policja zabezpieczyła już ślady w okolicy bramy. Sprowadzono psa tropiącego, który początkowo podjął trop, zgubił go przy drodze. Funkcjonariusze sprawdzają zapisy miejskiego monitoringu.
Kradzież wywołała oburzenie w Muzeum.
115 tys. zł nagrody Muzeum Auschwitz-Birkenau wyznaczyło nagrodę w wysokości 100 tys. zł dla osób, które przekażą informacje mogące przyczynić się do odnalezienia skradzionego napisu "Arbeit macht frei". Wcześniej 5 tys. zł nagrody ufundował małopolski komendant policji, a 10 tys. zł przeznaczyła na ten cel firma ochroniarska Art-Security Group.
Powszechne oburzenie kompromitującym wydarzeniem - To podły akt. Ci, którzy się tego dopuścili nie szanują pamięci o ponad milionie zgładzonych tu osób. Ten napis to symbol nazistowskich zbrodni - mówi Jarosław Mensfelt, rzecznik Muzeum.
- To zdarzenie przykre i kompromitujące - ocenił w Sygnałach Dnia w Polskim Radio Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Ma nadzieję, że policja szybko odzyska skradziony napis i że nie zostanie on zniszczony przez sprawców. Na szybkie schwytanie sprawców liczy też Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich. - Były obóz zagłady to symbol pamięci i ostrzeżenie dla przyszłych pokoleń. Dlatego to miejsce powinno być otoczone szczególnym szacunkiem - podkreślał.
Zbulwersowany kradzieżą jest też szef kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak. - To barbarzyństwo i skandal - mówił w Radio Zet
- Polski
MSZ wyraża oburzenie z powodu kradzieży historycznej tablicy. Kradzież tego szczególnego symbolu obozu zagłady jest aktem oburzającym, niezależnie od tego, z jakich powodów nastąpiła - mówił wzburzony wiceszef MSZ Andrzej Kremer.
- To zbeszczeszczenie pamięci wszystkich, którzy cierpieli i zginęli w hitlerowskich obozach, tych którzy walczyli za Polskę - ocenia Stanisław Zalewski, Prezes Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych.
Premier Donald Tusk zapowiedział, że zobowiązał wszystkie służby, by sprawa skradzionej tablicy została wyjaśniona jak najszybciej. - Miałem okazję rozmawiać dłużej o tym z prezydentem Izraela Shimonem Peresem, bo oni także - co oczywiste - zauważyli to skandaliczne i żenujące zdarzenie - mówił.