Nie twórzmy na siłę miejsc pracy w Polsce B, zlikwidujmy przywileje emerytalne, przyspieszmy prywatyzację - apeluje Balcerowicz. Co sądzisz o tym planie? listydogazety@gazeta.pl
>
Rozmowa z Leszkiem Balcerowiczem*, autorem planu reform, które 20 lat temu zmieniły Polskę
Aleksandra Klich: Nie lubi pan chwalić Polaków. Leszek Balcerowicz: Nie lubię się podlizywać. Uznaję natomiast autentyczne sukcesy.
To, co stało się 20 lat temu, to był sukces? - Od 300 lat cofaliśmy się w stosunku do Zachodu pod względem poziomu życia i dopiero po 1989 r. zaczęliśmy nadrabiać. Udało się zrobić przełomową reformę przy stosunkowo niewielkich protestach. Ludzie wykazali się wielkim rozsądkiem. Można więc mówić o sukcesie.
Studenta, który w holu Szkoły Głównej Handlowej obserwował na monitorze notowania, spytałam, czy wyobraża sobie, że 20 lat temu w Polsce nie było giełdy. Spojrzał, jakbym zwariowała... - Dla młodych czasy Piasta Kołodzieja i te, w których działałem, to równie zamierzchła historia. Kilka lat temu obserwowałem ludzi oglądających montaż kronik z lat 80. Kolejki, szczęściarz po kilku godzinach stania wynosi dywan ze sklepu, wściekli ludzie, bo kioskarka schowała papierosy pod gazety. Starsi widzowie śmiali się do rozpuku, ale młodsi nie do końca rozumieli, o co chodzi. To był świat groteskowy, nieprawdziwy.
Nieprawdziwy? - Zastąpił naturalne dla człowieka prawo do wolnego działania - monopolem państwa. Ludzie mają prawo zawierać umowy, wymieniać towary i usługi tak samo, jak mają prawo do swobodnej rozmowy. Wolny rynek - jak powiedział F.A. Hayek - ciągle odkrywa w ludzkiej działalności nowe możliwości. Socjalizm nam to zabrał. Dlatego okazał się, wbrew XIX-wiecznym iluzjom, bardzo złym systemem, także gospodarczym.
Gdy porównamy dwa kraje, kiedyś na podobnym poziomie rozwoju, z których jeden miał socjalizm, a drugi średnio sprawny kapitalizm - zawsze przegrywał ten pierwszy. Polska i Hiszpania w 1950 r. miały podobny dochód na głowę. 40 lat później nasz spadł do 42 proc. hiszpańskiego. Zły ustrój niszczy możliwości lepszego życia.
Gdyby nie reformy, mielibyśmy Białoruś Trudno mi uwierzyć, że gdy wzywał pan umęczonych kryzysem ludzi do wyrzeczeń, to się pan nie bał. - W trudnych sytuacjach trzeba pytać, czego bardziej się bać. Jeśli gospodarka jest w głębokim kryzysie, to lepiej nie czekać z reformami. Przecież nie czekamy z podaniem leku, gdy pacjent jest ciężko chory. Galopująca
inflacja była ciężką chorobą. Nie trzeba studiów, by wiedzieć, że jak się jej nie zahamuje, to dla wszystkich źle się to skończy. Nie można też było tolerować paraliżu gospodarki.
Tak, bałem się. Nie tego, że część ludzi będzie niezadowolona. Bardziej tego, że dawka lekarstw będzie za mała.
Trzeba było kopnąć gospodarkę, nie dało się po prostu lekko popchnąć? - Stopniowe albo fragmentaryczne zmiany nic by nie dały m.in. dlatego, że nie przełamałyby inercji starego systemu. Ludzie szybciej zmieniają swoje postawy, jeśli zderzą się ze zmianami, które uznają za nieodwracalne - "podoba mi się czy nie - muszę się dostosować". Gdyby reforma pełzała, ludzie machnęliby ręką: "co się będę zmieniał, jakoś przeżyję".
Masowej prywatyzacji nie da się tak szybko przeprowadzić, jak stabilizacji i liberalizacji gospodarki: Dlatego w pierwszych dwóch latach reform większość przedsiębiorców była jeszcze państwowa. Żeby je zmusić do lepszego działania, wprowadziliśmy ostrą dyscyplinę finansową oraz konkurencję. Pomogło - na pewien czas. Gdy zajrzało im w oczy bankructwo, zaczęli się starać, żeby nie tylko wyprodukować towary, ale i sprzedać. Na ulice wyjechały ciężarówki z towarami na handel. Kapitalizm zaczął się rozkręcać.
Ale były zakłady, które upadały, pracownicy przeklinali reformę. Ekonomiści, socjolodzy, politycy pytali: Nie dało się wolniej? - Dałoby się. I może byłoby nieco lżej, ale później ugrzęźlibyśmy i byłoby znacznie gorzej. Jak w Rumunii, która odłożyła przełomowe reformy o pięć lat.