http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Balcerowicz: Po co pełzać? Lepiej biec

rozmawia Aleksandra Klich
2009-12-17, ostatnia aktualizacja 2009-12-17 16:46

20 lat później. Reformy, które dziś przyśpieszyłyby rozwój gospodarki, nie wymagają masowych poświęceń. Bo to żadne wielkie poświęcenie wprowadzić system: im dłużej pracujesz, tym masz większą emeryturę. A czy jest nim wyrwanie przedsiębiorstw z orbity polityki i sprywatyzowanie? Przeciwnie, to wielka korzyść dla ludzi, którzy tam pracują - mówi twórca reformy polskiej gospodarki

Nie twórzmy na siłę miejsc pracy w Polsce B, zlikwidujmy przywileje emerytalne, przyspieszmy prywatyzację - apeluje Balcerowicz. Co sądzisz o tym planie? listydogazety@gazeta.pl



Rozmowa z Leszkiem Balcerowiczem*, autorem planu reform, które 20 lat temu zmieniły Polskę

Aleksandra Klich: Nie lubi pan chwalić Polaków.

Leszek Balcerowicz: Nie lubię się podlizywać. Uznaję natomiast autentyczne sukcesy.

To, co stało się 20 lat temu, to był sukces?

- Od 300 lat cofaliśmy się w stosunku do Zachodu pod względem poziomu życia i dopiero po 1989 r. zaczęliśmy nadrabiać. Udało się zrobić przełomową reformę przy stosunkowo niewielkich protestach. Ludzie wykazali się wielkim rozsądkiem. Można więc mówić o sukcesie.

Studenta, który w holu Szkoły Głównej Handlowej obserwował na monitorze notowania, spytałam, czy wyobraża sobie, że 20 lat temu w Polsce nie było giełdy. Spojrzał, jakbym zwariowała...

- Dla młodych czasy Piasta Kołodzieja i te, w których działałem, to równie zamierzchła historia. Kilka lat temu obserwowałem ludzi oglądających montaż kronik z lat 80. Kolejki, szczęściarz po kilku godzinach stania wynosi dywan ze sklepu, wściekli ludzie, bo kioskarka schowała papierosy pod gazety. Starsi widzowie śmiali się do rozpuku, ale młodsi nie do końca rozumieli, o co chodzi. To był świat groteskowy, nieprawdziwy.

Nieprawdziwy?

- Zastąpił naturalne dla człowieka prawo do wolnego działania - monopolem państwa. Ludzie mają prawo zawierać umowy, wymieniać towary i usługi tak samo, jak mają prawo do swobodnej rozmowy. Wolny rynek - jak powiedział F.A. Hayek - ciągle odkrywa w ludzkiej działalności nowe możliwości. Socjalizm nam to zabrał. Dlatego okazał się, wbrew XIX-wiecznym iluzjom, bardzo złym systemem, także gospodarczym.

Gdy porównamy dwa kraje, kiedyś na podobnym poziomie rozwoju, z których jeden miał socjalizm, a drugi średnio sprawny kapitalizm - zawsze przegrywał ten pierwszy. Polska i Hiszpania w 1950 r. miały podobny dochód na głowę. 40 lat później nasz spadł do 42 proc. hiszpańskiego. Zły ustrój niszczy możliwości lepszego życia.

Gdyby nie reformy, mielibyśmy Białoruś

Trudno mi uwierzyć, że gdy wzywał pan umęczonych kryzysem ludzi do wyrzeczeń, to się pan nie bał.

- W trudnych sytuacjach trzeba pytać, czego bardziej się bać. Jeśli gospodarka jest w głębokim kryzysie, to lepiej nie czekać z reformami. Przecież nie czekamy z podaniem leku, gdy pacjent jest ciężko chory. Galopująca inflacja była ciężką chorobą. Nie trzeba studiów, by wiedzieć, że jak się jej nie zahamuje, to dla wszystkich źle się to skończy. Nie można też było tolerować paraliżu gospodarki.

Tak, bałem się. Nie tego, że część ludzi będzie niezadowolona. Bardziej tego, że dawka lekarstw będzie za mała.

Trzeba było kopnąć gospodarkę, nie dało się po prostu lekko popchnąć?

- Stopniowe albo fragmentaryczne zmiany nic by nie dały m.in. dlatego, że nie przełamałyby inercji starego systemu. Ludzie szybciej zmieniają swoje postawy, jeśli zderzą się ze zmianami, które uznają za nieodwracalne - "podoba mi się czy nie - muszę się dostosować". Gdyby reforma pełzała, ludzie machnęliby ręką: "co się będę zmieniał, jakoś przeżyję".

Masowej prywatyzacji nie da się tak szybko przeprowadzić, jak stabilizacji i liberalizacji gospodarki: Dlatego w pierwszych dwóch latach reform większość przedsiębiorców była jeszcze państwowa. Żeby je zmusić do lepszego działania, wprowadziliśmy ostrą dyscyplinę finansową oraz konkurencję. Pomogło - na pewien czas. Gdy zajrzało im w oczy bankructwo, zaczęli się starać, żeby nie tylko wyprodukować towary, ale i sprzedać. Na ulice wyjechały ciężarówki z towarami na handel. Kapitalizm zaczął się rozkręcać.

Ale były zakłady, które upadały, pracownicy przeklinali reformę. Ekonomiści, socjolodzy, politycy pytali: Nie dało się wolniej?

- Dałoby się. I może byłoby nieco lżej, ale później ugrzęźlibyśmy i byłoby znacznie gorzej. Jak w Rumunii, która odłożyła przełomowe reformy o pięć lat.

Gdybyśmy zaś w ogóle zaniechali reform, byłoby u nas dziś jak na Białorusi.

A przykład kraju, gdzie zrobiono zasadnicze reformy, ale jeszcze bardziej niż w Polsce próbowano pobudzać gospodarkę wydatkami z budżetu, to Węgry. Dorobiły się one przez to gospodarczej zapaści.

Komu się udało poza nami?

- Krajom nadbałtyckim - dzięki radykalnym reformom. Ich obecny problem polega na tym, że małe kraje są bardziej podatne na zewnętrzne wstrząsy. W dodatku dopuściły do nadmiernego wzrostu kredytów mieszkaniowych. Ale to dzielne społeczeństwa, wyjdą z kryzysu. A jak my będziemy dalej tylko się cieszyć, jak sprawnie przeszliśmy przez kryzys, to niedługo zobaczymy ich plecy.

Strażak się nie dziwi, gdy jest gorąco

Reformatorzy rzadko odnoszą sukcesy. Jak to się robi?

- Przełomowe reformy muszą być dostatecznie duże dla przełamania masy krytycznej poprzedniego systemu. Ważne też, by na początku zrobić te reformy, które zwiększą szansę kolejnych. Powodzenie dobrych reform przysparza im zwolenników, łatwiej robi się następne. Gdy da się ludziom dużo wolności gospodarczej, pojawią się przedsiębiorcy gotowi jej bronić. Na Ukrainie dano ludziom znacznie mniej wolności, o wiele bardziej niż w Polsce liczyły się dojścia, układy, a nie zręczność i talent. No i musi być człowiek, i zespół, które pociągną całą reformę.

Człowiek bardzo zdeterminowany...

- ...który wie, do czego dąży, zdolny podejmować decyzje. Nie da się reformować bez ryzyka. Ale bez reform ryzyko jest jeszcze większe. Jeśli ktoś zostaje strażakiem, niech się nie dziwi, że jest gorąco.

Pan się nie dziwił, że jest "krwiopijcą", "przekleństwem emerytów", "eksterminatorem narodu"?

- Takimi wycieczkami osobistymi starałem się nie przejmować, miałem na szczęście wystarczająco dużo pracy. Ale bywały ataki haniebnie. Moja wyobraźnia nie dorastała do wykwitów sztuki oratorskiej niektórych posłów. Wiedziałem, że, broń Boże, nie mogę dać się wyprowadzić z równowagi. Widziałem, jak jeden czy drugi poseł strasznie się wysila, by mnie dotknąć. Czasem to było autentyczne, czasem cyniczne. W polityce, proszę pani, jest dużo teatru.

Nie przeszkadza on panu?

- Lepiej, że politycy się kłócą, niż zabijają, chociaż byłoby dobrze, aby grali lepsze role.

Potrzeba mobilizacji, także pomiędzy wyborami

Dziś, z mniejszym napięciem niż w 1989 r., również czekamy na polityka, który zmieni nasz świat. Czujemy, że wymaga naprawy. Co pan by zmienił?

- W Polsce nie potrzeba już tak radykalnych zmian, choć sporo zostało do zrobienia. Na pewno pilnym i ważnym zadaniem jest uzdrowienie finansów państwa, co wymaga m.in. późniejszego przechodzenia na emeryturę.

Musimy sobie przede wszystkim odpowiedzieć, czy chcemy dochodzić do poziomu Zachodu wolno, czy szybko? Większość z nas chciałaby jak najszybciej żyć jak w Niemczech, a nie pełznąć do tego poziomu latami. Aby dobiec tam szybko, nie trzeba wielkich poświęceń. To żadne wielkie poświęcenie wprowadzić system, który sprawi, że ludziom opłaci się dłużej pracować. Im dłużej pracujesz, tym masz większą emeryturę. Nierezygnowanie z interesującej pracy w wieku 55 czy 60 lat nie jest chyba wielkim poświęceniem?

A czy jest nim wyrwanie przedsiębiorstw z orbity polityki i sprywatyzowanie? Przeciwnie, to wielka korzyść dla ludzi, którzy tam pracują, bo w państwowych zakładach mają karuzelę stanowisk zależną od politycznego układu, a ich firmy często balansują na progu upadłości. Państwowe firmy upadają, jeśli nie zostały sprywatyzowane. Historia naszej gospodarki jest usiana takimi przypadkami: Pewex, stocznie, Cegielski. Kopalnie też upadną, jak się ich nie sprywatyzuje.

Jednak w polityce jest zawsze trochę demagogów grających na emocjach ludzi niezorientowanych. Rzucają nośne hasła, że to się sprzeda za tanio, tamto to nasze srebra rodowe, albo coś jest "strategiczne". Co to w ogóle znaczy? Dlaczego miedź czy węgiel mają być "strategiczne"? Dlaczego skarb państwa ma mieć większość w Orlenie, Lotosie czy KGHM? To nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia! To są etatystyczne przesądy rodem z Ameryki Łacińskiej. Albo też tu chodzi o polityczne interesy - o poparcie związków zawodowych, o możliwość obsadzania stanowisk swoimi kolegami i stronnikami.

Reformy, które dziś przyśpieszyłyby rozwój gospodarki, nie wymagają masowych poświęceń, lecz przełamania nawyków. Ze złego systemu można nieźle żyć - bo czemu mamy np. tylu związkowców w wielkich zakładach? A dlaczego mamy ciągle tyle zawodowych korporacji, które mówią, że reprezentują - o ironio! "wolne" zawody?

W każdej demokracji są opory przeciwko zmianom, również pozytywnym, dlatego potrzeba stałej i silnej mobilizacji ludzi na rzecz reform, czyli na rzecz lepszego życia dla siebie i kraju.

Mobilizacja przełamie opór grup interesów?

-Tak, ale pod warunkiem, że będziemy się mobilizować nie tylko przed wyborami, ale i pomiędzy. A poza tym trzeba to robić w zorganizowany sposób. Dlatego założyłem w 2007 r. Forum Obywatelskiego Rozwoju. Gdy w Polsce politycy zapowiadają jakąś budzącą obawy inicjatywę, to rzadko uczestniczymy w zorganizowanych działaniach, lecz narzekamy. Bierność wypiera aktywność. A gdybyśmy wysłali autorom populistycznej ustawy sto tysięcy maili i protestowali na łamach gazet, pokazując jej złe skutki - zawahaliby się.

Trzeba dążyć do tego, by nasze wybory były oparte na lepszym rachunku. Gdy zapytamy: czy chcesz później przechodzić na emeryturę, często usłyszymy: "nie" - skoro przechodząc wcześniej niczego nie tracimy. Dlatego trzeba usunąć pozostałe przywileje emerytalne. Dla dobrego działania demokracji jest bardzo ważne, by wszystkie skutki projektów różnych ustaw i przywilejów przedstawiać rzetelnie, przejrzyście - i na czas.

Dobra demokracja to taka, w której ludzie nie dają się otumaniać demagogom, bo wiedzą, co kryje się za obietnicami. Zwiększamy zasiłki? A o ile wzrośnie dług państwa, albo podatki? Taka demokracja wymaga wolnych i profesjonalnych mediów, a także rzetelnych i sprawnych organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

Pana reforma przeszła przy poparciu społecznym, zgodzie parlamentu, ale jej poszczególnych punktów nie negocjowano ze związkami zawodowymi. Co więcej, wycofaliście się z indeksacji, którą "S" wywalczyła przy Okrągłym Stole. Może właśnie zaufanie reformatorowi gwarantuje sukces reformy?

- W Polsce panuje "paktomania", mit, że wszystko wymaga zbiorowych porozumień. Jeśli pakt da się zawrzeć szybko i na warunkach dobrych dla rozwoju kraju, to nie mam nic przeciwko. Ale z niektórymi ludźmi czy grupami interesów nie da się porozumieć.

Co wtedy?

- Trzeba mobilizować inne grupy - by zwiększyć poparcie dla zmian. Los reform nie może zależeć od liberum veto.

Jak przekonać górników, by poparli prywatyzację?

- Trzeba pokazać, że większość gospodarki została na szczęście sprywatyzowana. Łódź przeżyła trudny okres, tkaczki miały ciężko, ale teraz jest lepiej. Nie ma ani moralnych ani ekonomicznych powodów, by nie prywatyzować kopalń. Trzeba też być gotowym do podjęcia decyzji bez 100-proc. zgody.

Słabe wyniki prywatyzacji to chyba największe zaniechanie tego rządu. Jest ona niesłychanie ważna w obecnej sytuacji, a jednocześnie nie można się tu zasłaniać vetem prezydenta.

Biednego nie stać na system opiekuńczy

A jaki wy, ekipa gospodarcza rządu Mazowieckiego, popełniliście największy błąd?

- W natłoku pracy przepuściliśmy pewne ustawy socjalne o niedobrych skutkach, np. propozycję Ministerstwa Pracy, by absolwenci szkół mogli od razu iść na bezrobocie. Jak się daje ludziom pieniądze za niepracowanie, to za bardzo nie szukają pracy. Potem okazało się, że dwie trzecie całego początkowego przyrostu bezrobocia to absolwenci szkół. Drugi błąd to zbyt szeroka indeksacja emerytur, trzeba było to potem odkręcać, bo budżet tego nie wytrzymywał.

Oczywiście, ani Jacek Kuroń, minister pracy, ani jego podwładni nie mieli złej woli. Chcieli dobrze.

A pan się zgodził.

- Ustawa o zasiłkach dla bezrobotnych nie została zablokowana przez Ministerstwo Finansów, które pracowało pod ogromną presją, natomiast indeksację emerytur udało się z trudem częściowo odkręcić.

Z perspektywy widzę, że za mało uwagi poświęciliśmy reformie odziedziczonego państwa socjalnego.

Nie należało w ogóle dawać absolwentom zasiłków?

- Nie należało dawać od razu, lecz po pewnym czasie, gdy człowiek mimo starań nie znajduje pracy. Tak jest na Zachodzie. Tak też zrobili Czesi i nie mieli takiego przyrostu bezrobocia. Trzeba też dawać tyle i tak, aby ludziom opłacało się intensywnie szukać pracy. Ale przecieraliśmy szlaki, trudno było uniknąć jakichś błędów.

20 lat temu wielu ekonomistów przestrzegało przed terapią szokową, wskazując, że lepiej byłoby pójść drogą np. Szwecji.

- Gdy Szwecja rozbudowała system opiekuńczy, była już bogata. A my - biedni. Zresztą, po latach nawet bogata Szwecja wpadła w kłopoty z powodu przesadnego socjalizowania. A do zamożności doszła dzięki wolnorynkowej gospodarce.

Model szwedzki nie jest więc receptą na rozwój biednego - początkowo - kraju.

Gdy Polska odzyskała wolność w 1989 r., było dla mnie jasne, że trzeba iść do kapitalizmu - by było nie tylko zamożniej, ale i czyściej, barwniej, by były schludne toalety. Proszę się nie śmiać, to ważne kryterium cywilizacji.

Oczywiście, nie łudziłem się, że za 20 lat będziemy tak bogaci jak Szwajcarzy, ale wiedziałem, że tylko przez budowę wolnorynkowego kapitalizmu możemy wreszcie nadrabiać historyczne zaległości. Bez kapitalistycznej konkurencji nie ma rozwoju.

Konkurencja rozwija, ale zawsze ktoś wychodzi poobijany...

- Owszem, psychologicznych kosztów konkurencji nie da się z wyeliminować. Nie może być tysiąca premierów. Wygrywa tylko jeden.

W socjalizmie była konkurencja, tyle że destrukcyjna. Konkurowało się o to, co kto pierwszy kupi w sklepie.

Państwowy monopol na współczucie

Jedni wygrywają, ale inni przegrywają, jak robotnicy zwolnieni z wielkich zakładów, rolnicy z pegeerów. Nie należy pomóc przegranym?

- Nie można mieć korzyści z kapitalizmu bez kapitalizmu. Jego nieodłącznym elementem są napięcia i ryzyka związane z konkurencją. Ale kapitalizm to nie wojna. Jedne firmy upadają, inne się rozwijają. Ludzie przechodzą z gorszych do lepszych. Problem jest z tymi - na szczęście jest ich stosunkowo niewielu - którzy w żadnych okolicznościach nie umieją sobie pomóc. Ale ich problem nie powinien być traktowany wyłącznie jako sprawa polityczna. To problem społeczny, a może jeszcze bardziej - moralny.

Państwo nie może mieć monopolu na współczucie. Ci, którzy do tego dążą pod hasłami państwa socjalnego czy opiekuńczego, chcą zdjąć z ludzi obowiązek moralny, by samemu pomagać innym.

A gdzie jest rodzina, bliscy, społeczeństwo obywatelskie? Należy organizować się, by pomagać nie tylko tym, którzy są nam bliscy, ale po prostu bliźni. Ekspansja państwa socjalnego wypiera prawdziwą solidarność. Nie podoba mi się model szwedzki, gdzie obowiązek opieki nad starymi przesuwa się z dzieci na państwo - w domach dla starców.

Kiedy można łatwo dostać cudze - czyli państwowe - pieniądze, to zgłasza się wielu - nie tylko biednych. A gdy pieniądze są wyłudzane, to do naprawdę potrzebujących dociera mało. Dlatego wolę, by pomaganiem zajmowali się nie państwowi urzędnicy, ale ludzie z wiedzą i powołaniem jak siostra Małgorzata Chmielewska. Takie osoby o wiele częściej będą działać w dobrowolnych organizacjach niż w urzędach. Państwo mające monopol na współczucie mnoży wydatki, które demobilizują ludzi. Poza tym musi podnosić podatki, które dodatkowo hamują rozwój.

Licz na siebie, nie na państwo?

- Wymagajmy od państwa tego, czego powinno dostarczać: dobrego prawa, obrony narodowej, sprawnej policji i sądów, ale nie idźmy na moralną łatwiznę i nie spychajmy naszych problemów na aparat polityczno-urzędniczy.

Przekonanie, że każdy problem, musi rozwiązywać państwo - jest spuścizną socjalizmu. Nazywam to mentalnością radzieckiego działacza. Mam nadzieję, że takie postawy w kolejnych pokoleniach słabną.

Ależ "społeczna gospodarka rynkowa" nie oznacza socjalizmu.

- "Społeczna" to emocjonalne słowo. Politycy często używają go, by wykazać, że coś jest dobre. Podobnie niebezpiecznie nadużywane jest słowo "solidarność". Solidarność jest z istoty dobrowolna, nie używajmy tego słowa, by za pomocą aparatu państwowego zmuszać ludzi do płacenia wyższych podatków. A taki jest sens pojęcia "państwo solidarne".

Co w tych słowach niebezpiecznego?

- Zastępuje się nimi myślenie - myśleniem magicznym. Politycy ich używają albo dlatego, że wierzą, iż zaczarują rzeczywistość, albo manipulują ludźmi. W Niemczech, wprowadzenie do politycznego obiegu wyrażenia "społeczna gospodarka rynkowa", przyczyniło się do tego, że przesocjalizowali swój system gospodarczy i do dziś go naprawiają.

U nas wyrażenie to zaimportowano bez głębszego namysłu. Próbowałem z tym polemizować, ale bez skutku. Wprowadzono je nawet do konstytucji, czego w Niemczech nie zrobiono. Mam nadzieję, że nie posłuży to do forsowania polityki w skutkach aspołecznej - np. prowadzącej do zwiększenia bezrobocia.

Parytet to droga na skróty

Nie załatwimy wszystkich problemów społecznych wolontariuszami. Na przykład różnic między Polską A i B.

- Proszę pani, nierówności regionalne w Polsce nie są dziełem wolnego rynku. Te różnice istnieją od wieków. Jest tu wiele mitów. Np. średni dochód na ścianie wschodniej jest niższy niż w Katowicach. Ale dlaczego ma być taki sam? Przecież średni poziom wykształcenia na ścianie wschodniej też jest niższy niż na Śląsku. Chce pani powrotu do socjalizmu, gdy bez względu na wykształcenie zarabialiśmy tyle samo?

Jak więc ratować biedny wschód Polski?

- Nie ma sensu dążyć do tego, by na siłę w każdym miejscu w kraju tworzyć miejsca pracy, bo nie wszędzie dadzą się one produktywnie stworzyć i utrzymać. Lepiej umożliwiać ludziom przeprowadzkę tam, gdzie jest praca. Dziś z powodu socjalnych rozwiązań nadmiernie chroniących lokatorów prywatny kapitał obawia się do inwestować w mieszkania na wynajem. To przyczynia się do emigracji, bo łatwiej wynająć mieszkanie w Londynie niż w Warszawie.

A co z tymi wyludnionymi terenami?

- Przecież nie chodzi o wyludnienie, tylko o różnicę gęstości zaludnienia: Tak jest w każdym wolnym kraju o dużej powierzchni. W regionach mniej zaludnionych jest mniej stałych mieszkańców, za to więcej może być niezmienionej przyrody - i turystów.

Czy w ten sposób nie wykluczamy ludzi, którzy tam mieszkają?

- Słowo "wykluczenie" też należy do tych, które budzą emocje, ale usypiają rozum. Generalnie trzeba dążyć do równości szans - czyli do tego, by ludzie o podobnych cechach charakteru i umysłu mieli podobne szanse na realizację planów życiowych. Bo przecież nie chodzi o to, by człowiek źle wykształcony i leniwy miał takie same zarobki jak wykształcony i pracowity.

Nierówność szans trzeba usuwać. Jeżeli ludzie zdolni, ale z biedniejszych rodzin mają gorszy dostęp do szkół, to trzeba im to ułatwić.

Dzieci z miasta i ze wsi zaczynają się różnić już w wieku 5, 6 lat, gdy pierwsze idą do przedszkoli, a drugie biegają po podwórkach.

- Tak nie powinno być.

To może państwo powinno dbać, żeby na wsi było więcej przedszkoli?

- Nie od razu rząd. Raczej powinny to robić gminy we współpracy z organizacjami społeczeństwa obywatelskiego. Zastanawiam się też, w jakiej mierze wykorzystuje się środki z Unii Europejskiej na usuwanie nierówności edukacyjnych.

Jak więc państwo powinno usuwać nierówności edukacyjne?

- Na pewno nie w ten sposób, że jedne uczelnie są subsydiowane, bo są państwowe, a inne nie, bo są prywatne. To dyskryminacja ze względu na formę własności. Obecnie mamy niesprawiedliwy system odpłatności za studia, bo publiczne pieniądze trafiają - często - do zamożniejszych studentów, korzystających z "bezpłatnych" studiów. Należy je przeznaczyć na stypendia, czy pożyczki dla studentów. Taki system nieźle działa w Stanach Zjednoczonych.

A nierówność kobiet i mężczyzn? Jest pan za parytetem?

- Nie. To próba wykorzystania siły państwa do narzucenia rozwiązań, zastępująca społeczeństwo obywatelskie. Taka droga na skróty i do celu, który wymaga głębszej filozoficznej dyskusji, niż to dotąd ma miejsce.

Ale patriarchalizm trzyma się w społeczeństwie równie mocno jak 20 lat temu socjalizm. Może znów warto narzucić terapię szokową?

- Wolałbym, by presja opinii publicznej sprawiła, że partiom politycznym opłaci się zwiększać liczbę kobiet na swoich listach.

2 proc. dobrowolnego socjalizmu

Czy pieniądz psuje ludzi?

- A czy w świecie bez pieniądza, tylko z wymianą "towar za towar", ludzie byliby moralnie lepsi? Nie. Badania małych plemion, które nie używają pieniądza, wykazują, że odsetek zabójstw jest tam wyższy niż w rozwiniętym świecie, gdzie jest pieniądz. A ponadto przy braku pieniądza może działać tylko bardzo prymitywna gospodarka.

Im większy zakres rynku, czyli dobrowolnych umów między ludźmi, tym szybszy może być, jak udowadnia Adam Smith, rozwój. Szeroki zakres rynku jest możliwy tylko przy stosowaniu wyspecjalizowanego środka wymiany, czyli pieniądza. Socjaliści w XIX w. naiwnie wierzyli, że kapitalizm, własność prywatna, pieniądz deformują człowieka. W imię ulepszania człowieka wprowadzili socjalizm i ściągnęli na ludzi katastrofę. Wcale przecież nie staliśmy się lepsi. No bo czy stanie w kolejkach ulepsza moralnie człowieka?

Postarajmy się, by pieniądz był zarabiany bez oszustw, korupcji, w uczciwej rywalizacji.

A jak komuś nie odpowiada kapitalistyczna rywalizacja?

- Istota wolnego społeczeństwa polega na tym, że można sobie wybierać styl życia. Jeśli ktoś nie chce kapitalistycznego indywidualizmu, to może wejść do wspólnoty w rodzaju izraelskich kibuców. Takiego wyboru dokonuje jednak w Izraelu mniej niż 2 proc. społeczeństwa. To jest górna granica dobrowolnego socjalizmu w normalnym społeczeństwie. I nie ma to nic wspólnego z przymusowym wtłoczeniem 100 proc. społeczeństwa w sowchoz.

* Leszek Balcerowicz - ur. 1947, wicepremier i minister finansów w rządach Mazowieckiego, Bieleckiego i Buzka, b. prezes NBP, b. przewodniczący Unii Wolności, obecnie wykłada na SGH i przewodniczy radzie fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 173 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    242 głosy

FBI prześwietliło Jobsa

W 1991 roku administracja prezydenta George'a Busha seniora rozważała zatrudnienie Steve'a Jobsa. FBI sprawdziło wtedy dokładnie Jobsa, a teraz upubliczniło tamte informacje

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W sobotę z ''Gazetą'':

  • Wysokie Obcasy