Wczoraj komisja regulaminowa Senatu miała zdecydować o uchyleniu immunitetu Piesiewiczowi. Wydawało się, że to formalność, bo Piesiewicz sam zrzekł się immunitetu. Prokuratura chce postawić mu zarzuty posiadania i używania narkotyków oraz ułatwiania ich zażywania innym osobom. Senator przyznał, że uległ dwóm szantażystkom i zapłacił im, by nie ujawniły filmu, na którym w swoim domu jest w sukience i wciąga biały proszek (Piesiewicz twierdzi, że był to lek).
Piesiewicz zawiesił członkostwo w klubie PO. Według naszych źródeł wśród dowodów zgromadzonych przez prokuraturę są zeznania szantażystek, film i analiza włosa jednej z kobiet, w którym stwierdzono ślady kokainy.
Jednak senatorowie z Komisji Regulaminowej uznali, że przed podjęciem decyzji o uchyleniu immunitetu Piesiewiczowi chcą go wysłuchać. - To nie jest Polska szantażystów, to nie jest Polska tych, którzy zbierali teczki - mówił poruszony senator Piotr Andrzejewski (
PiS). Senatorowie mają wątpliwości, czy wniosek Piesiewicza o uchylenie immunitetu nie ma "wady oświadczenia woli". Czyli, że Piesiewicz zrzekł się immunitetu pod wpływem opinii publicznej. Chcą go wysłuchać 5 stycznia.
Wątpliwości w sprawie senatora nie ma za to premier. - Nie można bronić zachowań Piesiewicza, skoro zdecydował się być osobą publiczną, bo one są nie do obrony. Nie mówię tutaj o wymiarze karnym, bo o tym będzie decydowała prokuratura i sąd, ale też w żadnym wypadku nie dołączałbym do tych, którzy skaczą dzisiaj po Piesiewiczu bez umiaru - mówił
Donald Tusk w Radiu TOK FM. Dodał, że nie podziela "świętego oburzenia tych, którzy uważają, że coś strasznego się dzieje dlatego, że ujawniana jest prawda".
Tusk powiedział także, że po tym, co się stało, trudno sobie wyobrazić, by Piesiewicz pełnił funkcje publiczne. - Wydaje się, że tak czy inaczej kariera polityczna senatora Piesiewicza jest zakończona - ocenił premier.