Skąd się wzięła darmowa przeglądarka internetowa Mozilla Firefox? - W 1998 roku rozpoczęły się wojny przeglądarek.
To brzmi jak "wojny klonów" z sagi "Gwiezdne wojny". - Tak. W początkach internetu firma Netscape stworzyła bardzo dobrą przeglądarkę. Nie było wtedy jeszcze rzemieślników w internecie, tylko pasjonaci, oni się skupili wokół Netscape. Aż znany nam duży gigant...
Nie przechodzi ci przez usta "Microsoft"?! Możemy mówić Imperium. - Bardzo trudno jest uciec od zarzutu o robienie czegoś nie "dla", tylko "przeciw". Ten bunt na początku nam pomógł, bo negatywna energia jest silnym impulsem, żeby coś zacząć. Ale nie wystarcza, żeby to ciągnąć przez 10 lat.
W 1998 roku Microsoft stworzył własną przeglądarkę - Internet Explorer. - Uznali, że skoro mają sprzedawać system operacyjny, to muszą w nim mieć też swoją przeglądarkę. Szybko dogonili technologicznie Netscape i nastąpiło zderzenie Dawida z Goliatem.
Obie firmy miały dobre przeglądarki. Netscape Navigator miał wtedy 80 proc. rynku, a Internet Explorer - 10. A po dwóch latach było odwrotnie. To była walka kosztem zasad, standardów, tylko po to, żeby wyrwać użytkowników.
Jak Imperium wygrało? - Przez dumping - dajemy za darmo firmom przeglądarkę. To konkurencja, z którą trudno wytrzymać. Wcześniej Netscape 2.0 był darmowy do użytku prywatnego, ale firmy musiały płacić.
Zrobili też coś, czego skutki odczuwamy do dzisiaj. Istniała już wtedy niezależna organizacja W3C, która ustalała standardy stron internetowych. Jeżeli np. autor strony chciał, żeby tekst był pogrubiony, to pisał to tak, jak przewidywał standard, i w przeglądarce wyglądało to jak tekst pogrubiony. Ale firmy wpadły na pomysł, że jak dodadzą do przeglądarki coś, czego druga przeglądarka mieć nie może, to ludzie zaczną pisać strony internetowe tylko pod ich przeglądarkę, a ta druga wypadnie w rynku. Rzeczywiście, kiedy Microsoft wygrał, to wszystkie strony działały tylko z tą przeglądarką.
Ale po porażce Netscape wykonał niesamowitą woltę. Jak "Nowa nadzieja" z "Gwiezdnych wojen". - Paru ludzi w Netscape zdecydowało się zrobić coś szalonego. Postanowili oddać kontrolę nad własnym produktem. Udostępnili kod źródłowy swojej przeglądarki.
To tak jakby Coca-Cola ogłosiła swoją recepturę. - Dokładnie. To samoograniczenie, które sami sobie narzucamy. Gdybyśmy chcieli zrobić cokolwiek złego, np. dodać reklamy do naszej przeglądarki albo kazać ludziom oglądać naszą stronę, zanim wejdą na inną - to każdy może wziąć nasz kod źródłowy, wyciąć ten kawałek i opublikować własną wersję przeglądarki. I jeśli tamta wersja będzie lepsza od naszej, to ona zdobędzie rynek.
Ale nie to było najważniejsze.
Tylko stworzenie społeczności? - Właśnie. Wcześniej firma Sun ujawniła kod źródłowy Open Office'a. Ale dopiero my stworzyliśmy społeczności wokół projektu.
Powstała jednostka, która nie odpowiadała bezpośrednio przed zarządem firmy. Przez cztery lata ta rosnąca grupa wolontariuszy wymieszanych z pracownikami firmy Netscape mówiła tylko: "Przepraszamy, jeszcze nie jesteśmy gotowi". Chociaż dział marketingu Netscape stukał do drzwi, poganiał. Ale to byli ludzie, którzy w latach 1991-92 pasjonowali się internetem, potem tworzyli firmę, a teraz mogli wrócić do pracy z pasją. Zaczęli włączać do przeglądarki to, co było ich zdaniem ważne dla rozwoju internetu - a nie to, co pozwalało im konkurować z Microsoftem. Wzięli dobry silnik o nazwie Gecko...